Gdy świat pozorów traci swą doskonałość

Badania amerykańskie wskazują, że depresja występuje dziś dziesięciokrotnie częściej, niż przed drugą wojną światową. Ta szeroko rozpowszechniona w ostatnich pięćdziesięciu latach, rzec można, epidemia depresji idzie w parze z utratą wartości duchowych i norm zachowań psychologicznych człowieka. Depresja może bowiem rozwijać się wtedy, gdy wartości, które nas do tej pory prowadziły i podtrzymywały, które przedstawiały dla nas sens, przestały być naszą duchową podporą.

 

Jurg Wunderli mówi o tym tak: "Gdzie zaczyna słabnąć zakorzenienie osoby w strukturach społecznych (myślę tu o rodzinie wielopokoleniowej, społecznościach kościelnych itd.), gdy coraz bardziej rozwija się indywidualizm, gdzie zamiast " się" pojawia się "ja", człowiek coraz bardziej staje się niepewny i podatny na zranienia. Nie posiada on niczego na zewnątrz, czego mógłby się w potrzebie uchwycić, z czego mógłby czerpać, czym się kierować, ponieważ korzenie tradycji przestały być tym, co go podtrzymuje. Jeśli do tego jeszcze człowiek zaczyna tracić odniesienie do sfery duchowej, religijnej (proces ten może toczyć się przez kilka pokoleń), wpada w pustkę. Wyzwolenie z tradycji i konwencji prowadzi do nowych trudności. Stajemy się wprawdzie bardziej indywidualni, lecz ten krok naprzód w rozwoju ludzkości ma swoją cenę. Ceną tą są neurozy w postaci coraz częściej występujących zaburzeń osobowości o charakterze narcystycznym i depresyjnym.

 

W obecnych czasach, które są epoką zalewu bodźców, epoką tysiąca możliwości miłego spędzenia czasu i "rozerwania się", epoką, w której wszystkie nasze życzenia, potrzeby i chęci wydają się możliwe do zaspokojenia, te wartości, które nas naprawdę podtrzymują i prowadzą, zdają się coraz bardziej zanikać. Rollo May (1991, 114) pisze: "Ludzie mają dochody idące niekiedy w miliony, lecz to przynosi im mało zadowolenia. Mają wszystko, co im obiecuje telewizja-podróże, samochody, piękne kobiety, ale poczucie bycia szczęśliwym jest coraz bardziej wątle. Dotyczy to często znanych osób: i one widzą, że to wszystko pogłębia jeszcze bardziej pustkę ich życia."

 

Przede wszystkim, uważa May, osoby te są nieskończenie samotne. Ma się wrażenie, że jedynym uczuciem, jakie posiadają, jest łagodna, stale napierająca depresja, uczucie oddalenia się od radości życia, chociaż - brzmi to paradoksalnie - wszystko w tym życiu posiadają.


Człowiek, który nie da się nabrać na pozory, łatwo dostrzeże fakt, iż za tym hałasem, nadmiarem, ożywieniem i świecidełkami, które nas otaczają, przyczajona jest wszędzie depresja. Rozwija się ona niczym nowotwór pod ową na zewnątrz atrakcyjną i błyszczącą powierzchnią pozorów.

 

Ten rzekomo doskonały świat pozorów ma coraz więcej rys i pęknięć, przez które przedostaje się na zewnątrz ciemność i przeraźliwa czerń depresji (por. May, 113). Ci, którzy nie mają już siły brać udziału w tej grze, ci, którzy tę grę pojęli, ci, którzy są psychicznie nieodporni i nie potrafią się skutecznie bronić, ci, których twarze zdradzają depresję, wszyscy oni czują ciężar i beznadzieję. Oni już wiedzą, już doświadczyli, że z depresją nie poradzą sobie przy pomocy pieniędzy, narkotyków, seksu. Mogliby powiedzieć za Faustem:


Jeśli z dusznego wyjść zamętu Ów dzwonów głos pozwolił mi, Jeżeli to radosne święto Wskrzesiło pamięć dawnych dni; To niechaj będzie moc przeklęta, Której nas trzyma tu przynęta
I która swymi widziadłami W głąb czarnej nas pieczary mami! Przeklęty niechaj będzie wprzódy Próżności samochwalczy blask! Przeklęte niechaj będą złudy, Których olśniewa urok nas! Przeklęty - tryumfalny łuk Rozgłosu, który nam się marzy! Przeklęte szczęście, którym darzy Obecność żony, dzieci, sług! Przeklęty Mamon, gdy dla zysku Porywać każe się na czyn I kiedy miękkie legowisko Podściela mym rozkoszom czczym!
Przeklinam wino pite z czar!
Przeklinam też miłości czar!
Przeklęta wiara i gorliwość,
Przeklęta głównie zaś cierpliwość.
(J. W Goethe, Faust, tłum. Artur Sandauer, WL Kraków 1987)

 

Nie chcemy przez to powiedzieć, że bogactwo, przyjemności, relaks, rozrywka są mało warte. Mogą one stanowić same w sobie pozytywną wartość. Zaczyna ona być wątpliwa, gdy człowiek używa ich do tego, aby oddalić, ukryć, stłumić nieprzyjemne i trudne doświadczenia będące częścią jego życia. Wówczas utrudniają potrzebną mu konfrontację z tym, co trudne i ciemne w życiu, i przyczyniają się do tego, że ważny proces naszego dojrzewania nie nastąpi.

 

Utrata kontaktów osobistych, sensu i oparcia

 

To, co nas naprawdę prowadzi i podtrzymuje, to więzy łączące nas z innymi ludźmi, począwszy od rodziny, poprzez przyjaźnie, bliskie relacje i związki z innymi, a kończąc na wspólnotach kościelnych i ugrupowaniach politycznych, w jakich możemy się znajdować. Takie więzy są coraz rzadsze albo zaczynają się wykruszać. W przekonaniu, że będziemy szczęśliwsi i bardziej zadowoleni, gdy znajdziemy się w świetle reflektorów, gdy zamieszkamy w ogromnym domu, gdy będziemy mieć władzę i będziemy korzystać z każdej dostępnej formy przyjemności, oddalamy się czasem od tego, co nas naprawdę niesie i podtrzymuje. Kiedy odnosimy sukces, żyjemy na świeczniku, doświadczamy, że to nas nie zaspokaja tak, jak się spodziewaliśmy. Konsekwencją tego faktu jest doświadczenie pustki, niemożliwości spełnienia się, bezsensu. Odczuwamy je tym silniej, im bardziej oddaliliśmy się od naszych prawdziwych punktów oparcia w pogoni za efektem i sukcesem. A więc tym bardziej jeszcze rzucamy się w wir działań mających zwiększyć osiągnięcia, dać poczucie siły, w nadziei że to nas wypełni, zaspokoi. Chcemy w ten sposób zagłuszyć w sobie to niepokojące uczucie, że tak naprawdę nic nie jest nas w stanie nasycić. Ale czyniąc tak, wpadamy w pułapkę.

 

Siła efektów, sukcesów eksploatuje się z czasem i traci swój smak, a człowiek pozostaje ostatecznie jeszcze bardziej nienasycony niż na początku. Kiedy poczucia bezsensu nie można już ukryć, ludzie odkrywają, że stracili nie tylko przynależność i łączność z innymi, ale też w ogóle poczucie związku z otoczeniem, z całym światem oraz wartościami wyższymi od nich samych. Gdy ma się poczucie bezsensu, beznadziejności i depresji, jest się jakby odciętym od własnego otoczenia. Traci się grunt pod nogami, nie czuje się związku z innymi ludźmi i oddala się od Boga. Także wtedy, gdy człowiek stąpa po ziemi, gdy rozmawia z innymi, gdy modli się do Boga, naprawdę nie jest w stanie nawiązać prawdziwego kontaktu. Człowiek taki nie spostrzega w sobie tej głębszej warstwy, w której może odczuć łączność z innymi ludźmi i Bogiem. Gdy tak się dzieje, czujemy się samotni jak palec, jak pasażer nurkującego gwałtownie w dół samolotu; wszystko wydaje się pozbawione sensu.

 

Wtedy tracę więzy łączące mnie ze światem, współbraćmi, Stwórcą. To, co pomagało mi dawniej iść naprzód, już nie istnieje. Spadam w dół i tonę. Co wcześniej nadawało memu życiu sens i znaczenie, zgasło jak zdmuchnięta świeca. Jest tak, jakby grube mury więzienia oddzielały mnie od świadomości, uczuć i możliwości głębszej relacji z moim otoczeniem. I w rzeczy samej: racja, dla której te grube mury stoją, jest powodem, dlaczego nie mogę już włączyć się w rytm życia stworzenia, nie może mnie cieszyć cały otaczający świat, ludzie i Twórca.

 

Tę łączność czuję wówczas, kiedy spaceruję nad Bałtykiem, w ciemnościach. Nade mną jest czyste niebo pełne gwiazd. Słyszę plusk fali dobijającej do plaży, kieruję spojrzenie na nieskończony horyzont morza. Wciągam w nozdrza powiew łagodnej bryzy, której delikatne dotknięcie czuję na twarzy. Przechodzę obok domów, w których oknach pali się światło, i widzę spokojne szczęśliwe życie ludzi mieszkających razem.

 

Więcej w książce: Jak wyjść z depresji? - Wunibald  Müller

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.4

Liczba głosów:

15

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook