Żyć nie byle jak

Żyć nie byle jak - Marek Sokołowski SJ

Naprawdę nie chcę, aby życie było byle jakie. I w nicość ciągle zapatrzone. I mdłe jakieś. Nie chcę też czasu zwyczajnie zabijać. Dobrze czas wykorzystać, to chyba zawsze jest ważne. Dobrze przeżywać życie, to zadanie na zawsze. Budujemy coraz większe domy, na uczelniach przybywa studentów i stopni naukowych, hołubimy celebrytów, ale gorzej już z autorytetami. Coś pękło. Coś zbylejaczało. Jakby człowiek stracił poczucie proporcji. Zatracił wartości. Zapomniał o modlitwie. Może więc wreszcie czas zadać najzwyczajniejsze pytania: Kim jesteśmy? Kim chcemy być? Dokąd zmierzamy? Jaka jest nasza wiara? Spróbujemy?

 
Książka Marka Sokołowskiego to właśnie tego rodzaju próba. Żyć nie byle jak układa się w niecodzienny brewiarz, który prostuje kręte ścieżki życia. Ta okraszona przykładami z literatury, inkrustowana odniesieniami do własnych doświadczeń, bardzo osobista i intymna opowieść stanowi podręcznik dobrej egzystencji. Zupełnie nie byle jakiej.
 

Żyć nie byle jak - Marek Sokołowski SJ

 

Na początek

 
Kolejne lata minęły. Nazbierało się trochę nowych doświadczeń. Cały zastęp bliskich poszedł do nieba. Dołączyli do nas nowi znajomi, tutaj na ziemi. Czas pokazał, co potrafi z nami zrobić. Niektóre z naszych marzeń się spełniły, ale większość nie. Może to i dobrze. Przynajmniej będzie o czym dalej marzyć. Zdrowie albo może pewne jego braki dają znać o sobie. Człowiek bardzo pragnie przeżywać dobrze swoje dni, otrzymane od Boga w darze. Już Adam Mickiewicz zauważył:
  • W słowach tylko chęć widzim, w działaniach potęgę;
    Trudniej dzień dobrze przeżyć niż napisać księgę.
I właśnie nad sensownym przeżywaniem Bożych darów zatrzymuję się z moją refleksją w tej książce. Jest to pragnienie tak serdeczne i tak żywe, że czasami sen mi przerywa i napełnia niepokojącymi pytaniami: Czy w tym, co robię, jest sens? Czy może to zwyczajna bylejakość? Jak spojrzę w oczy tym, których może zgorszyłem?
 
Spinam moje refleksje wierszami jak klamrami. Na początku jest wiersz i na samym końcu też. Czasami pojawia się między refleksjami. Mogę więc śmiało powiedzieć, że są one "czymś między wierszami". Jest to życie między wierszami, wierszami otoczone i dziejące się tam, gdzie na kartce jest białe.
 
Nie będę dalej wprowadzał, tylko właśnie spokojnie pochylę się nad tym ludzkim życiem, które - jak w moim przypadku - dzieje się między wierszami. Zaczynam od wiersza, który jak refren wraca w moim sercu przez prawie pół wieku. Napisał go kiedyś mój zakonny współbrat.
 
Posłuchajmy:
  • Nie chcę, by życie było byle jakie
    nie chcę, by było w nicość zapatrzone
    niech ono będzie Ewangelii znakiem
    niech już przemiany w nim się cud dokona.

    Błogosław Panie mym pragnieniom
    błogosław Panie mym zamiarom
    bym wszystko łaską mógł przemienić
    osiągnąć pełnię Twojej miary.

    Uczynisz Panie ze mnie krzew gorczycy
    co się rozrośnie drzewem rozśpiewanym
    lub stworzysz ciszą pośród nawałnicy
    czy też powiewem wiatru rozedrganym.

    Niech będzie Panu wieczna chwała
    wraz Ojcu z Synem i Duchowi
    niech wielbi Pana ziemia cała
    niech wielbią Pana ludzie nowi!
Józef Majkowski SJ
 
Naprawdę nie chcę, aby życie było byle jakie. I w nicość ciągle zapatrzone. I mdłe jakieś. Nie chcę też czasu zwyczajnie zabijać. Dobrze czas wykorzystać - to chyba zawsze jest ważne. Dobrze przeżywać życie - to zadanie na zawsze.
 
To pragnienie żywe, które chyba nigdy u mnie nie traciło na swojej aktualności. Lata młodzieńcze były nim przepojone, chociaż zamierzenia różniły się nieco od tego, co przyszło później, gdy sam Bóg zaangażował się w moje życie. On nieco pomieszał w marzeniach i skorygował kierunki moich działań. Dzisiaj po półwieczu prawie powiem: Jednak Pan Bóg doskonale wiedział i wie, co robi.
 
Ale po kolei. O ile w ogóle można coś "po kolei" po kilkudziesięciu latach. Wciąż krążą mi po głowie wspomnienia, które patrząc retrospektywnie, układają się w jakiś ciąg i to wcale nieprzypadkowy. Ktoś faktycznie pisał prosto na pokręconych liniach mojego bytowania na tej ziemi. Ktoś przez wielkie "K", no bo któż inny mógłby tak poukładać tok zdarzeń.
 
Przytoczę tylko trzy takie przykłady, trzy marzenia, które wydają mi się istotne w trosce o to, by życie nie było byle jakie. Będzie też o takim marzeniu, które niby się skończyło, a ciągle żyje. Jest ono realizowane w codziennej wędrówce po ziemi.
 
Jako chłopak marzyłem, by zostać aktorem, bo bardzo mi się podobały amerykańskie westerny, i ten największy chyba z największych aktorów gatunku - John Wayne. Pan sprawił, że i ja "występuję" przed ludźmi i to nawet często. A chociaż samego Johna Wayne’a nie spotkałem, to miałem okazję poznać jego żonę i córkę, być w domu, w którym mieszkał, gdzieś tam w słonecznej południowej Kalifornii. Moje "aktorstwo" teraz to posługiwanie się słowem i gestem, oby tylko dobrym, w tym niezwykłym "teatrze życia", jakim jest Chrystusowy Kościół i zakon jezuitów, który od ponad czterdziestu lat jest moją rodzimą sceną. Rodzimą i jedyną.
 
Marzyłem też kiedyś, by zostać pilotem. Te plany Pan Bóg wcześniej mi pokrzyżował - zwyczajny brak predyspozycji zdrowotnych, a w moim przypadku uporczywe bóle głowy, które pojawiły się już w liceum. Ale i z tego wyszedłem takim trochę bocznym wyjściem. Bo oto podczas mojej "trzeciej probacji", a więc czasu przeznaczonego na duchową odnowę już po święceniach kapłańskich i kilku latach pracy duszpasterskiej, znalazłem się na Alasce. A tam zimą jedynym właściwie środkiem transportu był samolot. No i miałem tę okazję, by pouczyć się pilotażu. Poznałem tajniki prowadzenia niewielkiej awionetki Cesna 180.
 
Jak ja lubiłem ten niewielki samolocik. Moje marzenia się spełniały, gdy unosiłem się w przestworza i "robiłem za drugiego pilota". Poznawałem przy tym Alaskę z góry. Piękna, urzekająca biała kraina, spędziłem tam długą zimę, odwiedzając eskimoskie maleńkie wioski, położone bardzo daleko od świata. Tym niewielkim samolotem przemierzyłem Alaskę ze wschodu na zachód i z południa na północ. Miałem już nawet "wylataną" ilość godzin potrzebną do zdobycia licencji pilota. Kiedy powróciłem do Polski, zastałem ją niemiłosiernie pokaleczoną stanem wojennym. Wtedy nie było już nawet przebłysków myśli o kontynuowaniu przygotowań do stawania przed komisją egzaminacyjną. Na co dzień żyło się zupełnie innymi sprawami.
 
A moje trzecie marzenie - to zostać lekarzem. Już widziałem siebie na sali operacyjnej, otoczonego personelem, jak pomagam komuś choremu. Myślałem zająć się neurochirurgią, pewnie dlatego, że chciałem pomagać tym, których też boli głowa. Sprawił Pan Bóg, że po nowicjacie zakonnym odbywałem praktykę w niewielkim szpitalu w Pleszewie koło Kalisza. Oficjalnie był to etat noszowego, ale robiłem wiele rzeczy, których nauczyły mnie pielęgniarki, a w tym szpitalu były to siostry zakonne. To wszystko przydać się mi miało w przyszłości, kiedy jako duszpasterz akademicki wykorzystywałem często moje "medyczne doświadczenie". A później to już się mówiło, że jako kapłan stałem się "lekarzem dusz". Jakaś kolejna boczna furtka do miejsca, gdzie się marzenia spełniają.
 
Muszę też tutaj zatrzymać się przy moim zupełnie szczególnym zainteresowaniu - zaznaczam - czynnym, a był to i ciągle jest sport. No i jest jeszcze muzyka.
 
Odkąd tylko pamiętam, sport zajmował w moim życiu miejsce zupełnie szczególne. Przez wszystkie lata szkolne grałem w piłkę ręczną i podobno byłem dobry, skoro kapitanowałem szkolnej drużynie w podstawówce i w ogólniaku. A zima to był czas łyżew i tenisa stołowego. Przez kilka lat intensywnie trenowałem lekkoatletykę. Przerwać musiałem już pod koniec liceum, bo zabierało to za dużo czasu, i ta nieszczęsna głowa, która wtedy już mocno mi dokuczała. Owszem, miałem nawet pewne sukcesy sportowe. Jakieś puchary, jakieś dyplomy, kilka regionalnych rekordów. Otarłem się również o kadrę narodową.
 
Nigdy, jak dotąd, ze sportem nie zerwałem. Już nie tak na całego, ale tenis ziemny i narty są ciągle obecne w moim życiu. A skoro są to dyscypliny sportowe, które można amatorsko uprawiać właściwie w każdym wieku, to trzymam się ich mocno. Mam więc wytłumaczenie i jednocześnie usprawiedliwienie dla własnego sumienia, bo w końcu i o sprawność fizyczną trzeba dbać.
 
Jeszcze muzyka. Dla kogoś patrzącego z boku może to się wydać jakieś karkołomne połączenie stylów. Zachwyt muzyką klasyczną, poważną, zrodził się w czasie, kiedy już jako "dorosły kapłan" razem z moimi bliskimi zacząłem "bywać" w filharmonii. Od kilku lat jest to bywanie dosyć systematyczne, z racji posiadania karnetu sezonowego. Dobrzy ludzie zatroszczyli się, abym mógł z tego luksusu korzystać. Wieczory piątkowe w Filharmonii Warszawskiej są, bez żadnego patosu, ucztami duchowymi.
 
Drugą miłością muzyczną jest country. Rozpoczęło się to już dawno, kiedy po raz pierwszy miałem okazję wylądować w Stanach Zjednoczonych. To już prawie czterdzieści lat minęło od tamtego lądowania za Oceanem. Pamiętam moje pierwsze zachwyty, kiedy jeszcze z kaset magnetofonowych słuchałem gwiazd tego gatunku. Był tam Johny Cash, Kenny Rogers, Willie Nelson i wielu innych, których płyty są zawsze gdzieś blisko mnie. Zachwycałem się tym, że Merle Haggard w piosence Okie from Muskogee wysyłał wszystkie złe moce precz do San Francisco, aby tam sobie trawkę paliły, głośno jeździły swymi motocyklami. On sam był dumny, że pochodził z małego miasteczka Muskogee w Oklahomie.
 
Ja zresztą też ciągle jestem dumny, że pochodzę z miasteczka na Mazowszu - Ciechanowa. A kiedy słyszę, jak Willie Nelson śpiewa On the Road again, to widzę bezkresne tereny Ameryki, wielkie ciężarówki i tęsknotę do swoich małych ojczyzn.
 
Uwielbiałem słuchać w Polsce audycji radiowej "trójki" prowadzonej przez Korneliusza Pacudę, a była to audycja "Wszystkie drogi prowadzą do Nashville". Teraz z uwagą wysłuchałem audiobooka Drogi do Nashville, właśnie napisanej i opatrzonej częścią muzyczną przez pana Korneliusza, znakomitego znawcę tego gatunku muzyki.
 
Nie jest mi obca także rockowa muzyka. I nie jest to tylko muzyka z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, kiedy, jak każdy chyba młody człowiek, tego gatunku słuchałem. Do dzisiaj śledzę to, co się dzieje i w tej jakby mniej poważnej muzyce. Mniej poważnej, ale dla mnie ciągle ważnej, bo jej twórcy mają jakiś przekaz, oczywiście jeśli jest to muzyka reprezentująca pewien poziom.
 
Tak się zastanawiam, czy te moje "marzenia" miały jakiś wpływ na troskę o to, by eliminować bylejakość z codzienności, na różnych życiowych ścieżkach? Z biegiem lat coraz bardziej skłonny jestem wyznać, że to wszystko miało wielkie znaczenie i w mojej formacji duchowej, fizycznej, i zapewne intelektualnej.
 
Muszę też jednak szczerze przyznać, że oczyścić się z bylejakości jest czymś niezwykle trudnym. Nigdy się tego nie wyzbyłem i ciągle przyłapuję się na byle jakich ścieżkach, w byle jakich miejscach i w byle jakich działaniach. Ciągle jest tego dużo. I nieustannie potrzebny jest wysiłek i to przypominanie sobie, że nie chcę, by życie było byle jakie.
 
Wielkim umęczeniem dla każdego człowieka jest odnalezienie swojej drogi w życiu. Tej jedynej, która wyznaczona jest przez Boga i daje spokój wewnętrzny, nawet gdy trudy na niej spotykane bywają nie do zniesienia. Potrzeba czasu, wysiłku i roztropnego rozeznawania, aby nie pomylić kierunków albo nie wpaść w jakiś ciemny zaułek. Trzeba też spokoju wewnętrznego i cierpliwości, aby wytrwale kroczyć tą drogą, którą dzięki Panu Bogu uważam za swoją.
 
Trzeba również nieustannie prosić od rana do nocy samej, aby Dobry Bóg błogosławił pragnieniom, marzeniom i wszystkim zamiarom. Bym umiał przemieniać szary dzień na kolorowy zestaw zdarzeń. Żeby rosła chwała Boża i zbliżało się do chrześcijańskiej doskonałości moje życie.
 
Już tyle razy patrzyłem w nicość. I ciągle w nią patrzę, kiedy sprawy się poplączą tutaj na ziemi. Z tego poplątania już chyba tylko łaska Najwyższego wyprowadzić może, bo oto ludzie zawiedli, zepsuł się klimat, a mojego wysiłku i zaangażowania w sprawę jakby nikt nie dostrzegł.
 
Bardzo potrzeba mi wiary. Takiej maleńkiej jak ziarnko gorczycy. I tego, by się rozrosła w drzewo rozśpiewane. Żeby wielu mogło się skryć w cieniu tego drzewa, aby posłuchać harmonijnych dźwięków. By mogli znaleźć tutaj ciszę, gdy nawałnica szaleje dookoła, czy choćby powiew wiatru rozedrgany. Już wiem, że takie sytuacje się zdarzają, kiedy zdobędę się na ewangeliczny gest przebaczenia, kiedy nie będę głośno wykrzykiwał listy moich żalów do Boga i do ludzi, nawet jeśli uważam, że są uzasadnione.
 
Ale najwięcej spokoju i pokoju daje mi czas, kiedy czuję, jak Dobry Bóg ciszą mnie otula niczym swoim ramieniem. Lubię ciszę. Ten święty czas, gdy już tylko delikatny powiew wiatru mówi, że Pan chce ze mną rozmawiać. A ja w swoim sercu, wyciszonym i bez wielkich słów, zwracam się do Niego i tylko proszę: Błogosław Panie mym pragnieniom, błogosław Panie mym zamiarom.
 
Spraw, abym pisał piątą, żywą, świętą ewangelię moim życiem, bym dzięki Twojej łasce niepokój w pokój zamieniał, łzy po drodze spotkane osuszał, bym nie ustawał w wysiłku osiągania Twojej miary.
 
Niech będzie Twoja chwała, Panie. Niech Cię cała ziemia wielbi. Niech Cię wielbią ludzie nowi. Błogosław czas mojej przemiany w nowego człowieka.
 
I jeszcze przyjmij dziękczynienie za drogę, na którą mnie wprowadziłeś. I jeśli naprawdę skosztuję "życiowej mądrości", spraw, abym jej nigdy nie zmarnował. Pragnę ją z innymi dzielić.
 
Błogosław Panie mym pragnieniom! Żebym życia nie przeżywał byle jak!
 
1 2  
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

2.33

Liczba głosów:

3

 

 

Komentarze użytkowników (1)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

dobieszewski 17:26:21 | 2016-05-09
A ja myślę tak Padre jako twój uczeń: z człowieka bardzo pysznego na poczatku swojej kariery zakonnej/Młodej/stałeś sie pokornym dla mnie wzorem do naśladowania.Dzieki za twoje mądre słowo.Niech Dobry Bóg pozwoli CI tak pieknie pisać piątą ewagnelię w zdrowiu i poczuciu spełnienia.Szczesc Boże!

Oceń 1 odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook