Widzimy tylko znaki - o wierze chrześcijańskiej

Osobista relacja z Bogiem sprawia, że możemy w porę rozpoznać podszepty złego ducha i oprzeć się pokusom. Apostołowie proszą zatem Jezusa: "Przymnóż nam wiary". Bez niej poruszamy się po omacku, dokonujemy złych wyborów.

 

Autor zaprasza do szczerej refleksji o wierze. Pisze o świetle, chlebie i winie, ofierze, celebracji niedzieli, roku liturgicznym, powołaniu czy obcowaniu świętych, wskazując na widzialne znaki, w których możemy dostrzec odbicie rzeczywistości niewidzialnej. Rozważania skłaniają do postawienia sobie pytania o to, czy dajemy autentyczne świadectwo. Czy mamy wiarę, która daje życie wieczne?

 

autor: Ks. Jan Sochoń
wydanie: pierwsze
data wydania: maj 2011
ISBN: 978-83-7505-720-1
format: 136x210 mm
oprawa: miękka
stron: 240

 

Więcej informacji »

 

 

 

 

 

 

Wprowadzenie

 

Mamy kłopoty ze zrozumieniem słowa Bożego. Nie jesteśmybowiem w komfortowej sytuacji uczniów Jezusa, którymOn sam wprost wyjaśniał niemal wszystko. Musimy podjąć niemaływysiłek, aby podążać śladami Jego nauczania, nie zawszez dobrym skutkiem. Ale tak chyba musi pozostać. TajemnicaKrólestwa Bożego nie może być – w ludzkim porządku – rozjaśnionaraz na zawsze. Dlatego ważne jest, abyśmy „dosłyszeli”,zwłaszcza w przypowieściach, przesłanie Boga i próbowali jewłączać w rytm nieustannie podejmowanych decyzji.

Ziarno wiary zostało zasiane. U jej początków stoi samBóg, który sprawia, że wewnętrznie dorastamy do wymogówEwangelii. Ale – dopowiedzmy – gdyby nie obecność naszychrodziców, nauczycieli, przyjaciół, gdyby nie ich codzienne świadectwo,zapewne nie wytrwalibyśmy przy Bogu. Ziarno leżącew ziemi należy pielęgnować, ono samo, bez pomocy, nie zdoławydźwignąć się ku pełni.

Nie pamiętam pierwszych chwil swojej wiary, lecz na pewnowiązały się z atmosferą domowych krajobrazów, gdzie chrześcijańskie odczuwanie świata było czymś naturalnym. Dziękirodzicom, Franciszce i Józefowi, mogłem umieścić siebie w rzeczywistościstworzonej przez Boga, dostrzec, że moje istnienienie jest pozostawione samemu sobie, że jest Ktoś, kto zawszewspiera i przeprowadza przez młodzieńcze trudności. To spontaniczniekiełkujące we mnie światełko zagasłoby zapewneszybko, gdyby nie rodzinny czar wychowawczy.

Później – dzięki księdzu Piotrowi Bożykowi, prefektowiszkolnemu – znalazłem się pod skrzydłami Kościoła, któryuczynił ze mnie i z moich rówieśników „naród przykościelny”.Ofiarował nam inny świat doznań, przeżyć, więzi społecznych,idei i doświadczeń, niż ten, jaki dostrzegaliśmy wokoło. Nie byłow nim sierpa i młota, Stalina i Bieruta, zideologizowanychakademii szkolnych, zagrożenia imperialistycznego, marszówpierwszomajowych, niczego z tych koszmarów i głupstw tworzącychżycie w socjalizmie. Było natomiast poczucie ciągłościdziejowej, ewangeliczne wartości, odmienny język, inne lektury,styl zachowania, po prostu – egzystencja pełna zaufania Jezusowi,który stawał się coraz bliższy sercu, choć niepojęty.

Zaczęliśmy rozumieć, że do wiary trzeba dorastać, że mamyprawo do prawdziwej polskiej historii, do stanowienia o sobiei swoich wyborach, że nasza wolność jest Bożym darem i niemoże być przez nikogo kwestionowana. Ksiądz Piotr otoczyłnas czułą opieką, chronił młode oczy przed zakusami ofi cjalnychprogramów nauczania i pokusami czasu dorastania. Jużwtedy odczuwaliśmy radość ze smaku bycia wspólnotą ministrancką,z aury modlitwy, której uczyliśmy się z młodzieńcząnieporadnością. Wiara mogła się więc ostać i ufamy, że ostaniesię na zawsze.

Dlatego nie jesteśmy nazbyt bojaźliwi, nie łamie nas pierwszypodmuch choroby ani bolesna utrata. Żyjemy ze świadomościąprzynależenia do Jezusa, w otoczeniu którego zanika wszystekstrach. Oddala się duch ciągłego niepokoju, nowinkarstwa, poszukiwaniatego, co popłaca w świecie, co jest popularne, a wzrastaduch Świętej Rodziny, świętych wyznawców i męczenników.

Duch pokoju i miłości. Jeśli przyjmujemy, że zasadą istnienia jestmiłość, jesteśmy chrześc? anami.

Lecz musimy pamiętać: miłość nie jest uczuciem. Nie postrzegamuczuć jako czegoś niestosownego. Ludzie naprawdę wielcyna ogół są wrażliwi, nieco egzaltowani, czuli. Chcę podkreślićjedynie, że miłość nie jest powierzchownym poruszeniem,emocją, która gaśnie szybciej niż pierwszy dotyk. Jest natomiastw zasadniczym rdzeniu wolą i czynem; wolą oddania siebiei czynem, w którym rzeczywiście ofi arowujemy siebie innym.

Jedną z naszych podstawowych pokus jest chęć kochania ludzibez konieczności miłowania Boga. Oczywiście, spotykamytakie osoby, które sądzą, że można kochać Boga, nie kochając ludzi(Kościół ma tu swoje gorszące doświadczenia). Porzućmy tęsmutną perspektywę. Przyjm? my piękniejszy i bardziej wzniosłypunkt widzenia.

Bez miłości Boga miłość do ludzi traci głębię. Kiedy jesteśmypozostawieni samym sobie, z trudem udaje się nam wyjść z kryjówkiwłasnego egoizmu, nie potrafi my żyć bezinteresownie.

Tylko Bóg kocha w sposób pozbawiony ułomności i czyni cośfascynującego, to mianowicie, że zyskujemy przynajmniej możliwośćumiłowania na Jego wzór. Całkowita śmierć naszego egoizmunastąpi dopiero w czyśćcu. Nasza nadzieja tkwi w tym, żekiedy ogarnia nas miłość, wówczas łatwiej poddajemy się przewodnictwudrzemiącej w nas wiary.

Mamy dwie przestrzenie, które warunkują powszednieszczęście: miłość do Boga i miłość do ludzi. One wzajemnie dosiebie przynależą, choć przestrzeń pierwsza ma moc zasadniczą.Umożliwia walkę z tym wszystkim, co często niszczy relacjemiędzyludzkie, zaburza egzystencjalną harmonię. Niekiedytrwożliwie podnosimy ręce, ale przecież ubezpiecza nas samJezus. Nie popadajmy więc w zniechęcenie.

Nasze życie upływa pośród różnorakich znaków. Bez nichnie moglibyśmy mądrze istnieć ani się wzajemnie uszanować.Jesteśmy bowiem oddzieleni od siebie stałą barierą. Stanowiją nasze ciało oraz niezdolność bezpośredniego przenoszeniawłasnej świadomości w świadomość kogoś drugiego. Odległośćmiędzy naszym wnętrzem a wnętrzem innych osób zmniejszamy,budując specyfi czny świat znaków kulturowych. W tensposób możemy się spotykać, obdarzać nadzieją, przekazywaćowoce twórczego wysiłku. Bez wątpienia, duchowa jedność nietkwi w znakach samych w sobie ani w ciałach, choćby bardzosobie bliskich, ale – podkreślam raz jeszcze – dokonuje się zapośrednictwem znaków, przez ciała, słowa, gesty. Nie mamy innegosposobu bycia i działania na tym świecie.

Rozważmy. Mąż chce okazać żonie swą miłość. Może ją wyrazićuśmiechem, objęciem, niekiedy drobnym podarunkiem.

Ale jeżeli żona jest zazdrosna, jeśli przypuszcza, że mąż ją zdradza,wówczas będzie tłumaczyć sobie uśmiech czy kwiaty jakopodstęp mający ją upewnić o fałszywej miłości. Wtedy darmęża, zamiast oznaką miłości, staje się murem odgradzającymod prawdziwych intencji. Zawsze istnieje obawa, że znaki mogązawieść, bo każdy może je tłumaczyć, biorąc pod uwagę własnywewnętrzny świat i własne przekonania.

Nie dziwi więc, że niekiedy tak trudno nam się porozumieć.Podobna sytuacja zdarza się również pomiędzy ludźmi a Bogiem.

Wielu z nas w wydarzeniach tkających historię światawidzi pustkę nieba, inni odwrotnie – odkrywają gorącą miłośćBoga do własnego stworzenia. I nic na tę dramatyczną trudnośćnie można poradzić. Wszystko zależy od tego, czy potrafi myBoże znaki ukazywać innym ludziom w taki sposób, aby ich pociągałydo osobistego, intymnego zaangażowania. Czy umiemysami stać się znakiem, który Boga „uwierzytelnia”, bo jest autentycznymświadectwem, a nie tylko wzorcowym przekazicielemrelig? nej doktryny?

Ta książka chce być pomocą w tego rodzaju wysiłku. Zapraszamdo szczerej rozmowy o wierze.

Ks. Jan Sochoń - Widzimy tylko znaki - o wierze chrześcijańskiej - Więcej informacji »

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

1

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook