Ennio Morricone: ostatnimi czasy wyzywam na pojedynek Mefistofelesa

(fot. shutterstock.com)

"Możesz to spokojnie powiedzieć; prawie zawsze przegrywam. Udało mi się wygrać zaledwie kilkanaście razy, czasem jakiś pat i remis (...) ale najczęściej wygrywa Mefisto". 

 

Ennio Morricone: Chcesz zagrać partyjkę?

 

Alessandro de Rosa: Jaką partyjkę? Musiałbyś mnie najpierw nauczyć grać. [Jesteśmy u niego w domu. Bierzemy elegancką sza­chownicę, leżącą na stoliku w salonie, w którym siedzimy]. Jaki byłby twój pierwszy ruch?

 

Zazwyczaj zaczynam od uwolnienia królowej, więc prawdopodob­nie takie byłoby otwarcie, choć wielki szachista Stefano Tatai poradził mi kiedyś, by zawsze zaczynać od e4. To przywodzi mi zaraz na myśl bas cyfrowany.

 

Przechodzimy od razu do muzyki?

 

W pewnym sensie... Z biegiem czasu znalazłem wiele punktów stycznych między systemem zapisu nutowego, który obejmuje dłu­gość trwania dźwięku i jego wysokość, a szachami. Tutaj wymiary pozostają przestrzenne, a gracz ma do dyspozycji czas, by wykonać właściwy ruch. Do tego dochodzą pionowe i poziome układy posunięć, rozmaite ujęcia graficzne, podobnie jak w zapisie nutowym. Co więcej, można łączyć modele i ruchy jak przy rozpisywaniu muzyki na po­szczególne instrumenty. Gracz, który nie otwiera gry - czyli prze­ciwnik - przed kolejnym ruchem białych ma do dyspozycji dziesięć możliwych posunięć, których liczba potem rośnie wykładniczo. A to przywodzi mi na myśl kontrapunkt. Jeśli dobrze się temu przyjrzeć, jest w tym jakaś zbieżność i faktycznie sukcesy na jednym polu często idą w parze z osiągnięciami w drugiej dziedzinie. Nieprzypadkowo najwięksi szachiści wywodzą się czasami z grona matematyków i mu­zyków. Jak chociażby Mark Tajmanow, wybitny pianista i szachista, Jean-Philippe Rameau, Siergiej Prokofiew, John Cage, czy moi przy­jaciele Aldo Clementi i Egisto Macchi; szachy są krewnymi matema­tyki, jak twierdził Pitagoras, a także muzyki. Zwłaszcza pewnego rodzaju muzyki, jak u Clementiego, gdzie po­brzmiewa swoista powtarzalność, numeryczność, układy. czyli ele­menty odgrywające kluczową rolę także i w szachach. Obie te dziedziny uważam za niezwykle kreatywne; u ich podstaw leży swoisty tok graficzny i logiczny, który wiąże się jednocześnie z prawdopodobieństwem, nieprzewidywalnością.

 

Co cię szczególnie pasjonuje?

 

Niekiedy właśnie nieprzewidywalność. Ruch wykraczający poza rutynowe posunięcia jest trudny do przewidzenia. Michaił Tal, je­den z największych szachistów w historii, wygrał wiele partii dzięki posunięciom, które zbijały przeciwnika z tropu i nie pozostawiały mu czasu na przemyślenia. Bobby Fischer, mistrz nad mistrzami, chyba mój ulubiony, wymyślił wiele nieoczekiwanych i zaskakują­cych rozwiązań. Ryzykowali, często kierując się w grze instynktem. Ja z kolei po­szukuję obliczeniowej logiki. No właśnie, muszę powiedzieć, że szachy są najwspanialszą grą dlatego, że nie są jedynie grą. Wszystko podlega dyskusji: zasady moralne, zasady życia, koncentracja i chęć pokonania przeciwnika bez rozlewu krwi, chęć wygranej, ale na zasadach fair play. Wygra­nej dzięki talentowi, a nie tylko łutowi szczęścia. Kiedy bierzesz do ręki drewniane figurki przypominające posąż­ki, przekazujesz im swoją energię. W szachach jest życie. I walka. To brutalny sport, niczym boks, tyle że jednocześnie rycerski i wyrafinowany. Muszę ci się przyznać, że kiedy pracowałem nad muzyką do ostat­niego filmu Tarantina Nienawistna ósemka (2015) i czytając scena­riusz, widziałem, jak niemal niezauważalnie narasta napięcie wśród bohaterów historii, myślałem właśnie o tym, co czuje szachista pod­czas gry. Tyle że odwrotnie niż w filmie Tarantina w tym sporcie nie dochodzi do rozlewu krwi ani do zadawania fizycznego bólu. Nie oznacza to jednak emocjonalnego chłodu. Nad grą unosi się nieme, konwulsyjne napięcie. Niektórzy twierdzą wręcz, że szachy są niemą muzyką, a mnie gra przypomina komponowanie muzyki. Pamiętaj, że napisałem Hymn szachistów na olimpiadę szachową w Turynie w 2006 roku.

 

Z kim najczęściej grałeś spośród zaprzyjaźnionych reżyserów lub muzyków?

 

Zagrałem kilka partii z Terrence'em Malickiem i muszę przyznać, że byłem zdecydowanie lepszy. Gorzej mi szło z Egistem Macchim, ale prawdziwym wyzwaniem okazał się Aldo Clementi. Na dziesięć spotkań przynajmniej sześć skończyło się jego wygraną. Był zdecy­dowanie lepszy ode mnie. Pamiętam, jak opowiadał mi o rozgrywce z Johnem Cage'em! Mnie przy tym nie było, ale ich starcie naprawdę przeszło w muzycznym świecie do legendy.

 

Starcie logiki z chaosem. Jak ci się udaje nie wychodzić z szachowej wprawy?

 

Znam wielu zawodowych graczy i gdy tylko mogę, śledzę ich po­czynania na turniejach i w rozgrywkach. Od wielu lat prenumeruję najważniejsze periodyki branżowe: "L'Italia scacchistica" i "Torre & Cavallo - Scacco!". Zdarzyło mi się nawet opłacić prenumeratę dwa razy! Ale pomimo tej determinacji i pasji coraz rzadziej gram w sza­chy. Ostatnimi czasy wyzywam na pojedynek Mefistofelesa, szacho­wy automat.

 

Demoniczny automat...

 

Możesz to spokojnie powiedzieć; prawie zawsze przegrywam. Udało mi się wygrać zaledwie kilkanaście razy, czasem jakiś pat i re­mis, jak powiedzieliby w żargonie szachiści, ale najczęściej wygrywa Mefisto. Dawniej było inaczej. Kiedy moje dzieci mieszkały jeszcze w Rzy­mie, często z nimi grałem. Przez lata starałem się je zarazić moją pasją i z czasem Andrea wręcz mnie przeskoczył.

 

To prawda, że wyzwałeś na pojedynek wielkiego mistrza Borisa Spasskiego?

 

Tak. Kilkanaście lat temu w Turynie. Myślę, że wtedy osiągną­łem szczyt swojej szachowej kariery.

 

Wygrałeś?

 

Nie, zakończyliśmy remisem. To była wspaniała rozgrywka, jak twierdzili wszyscy obecni. Za naszymi plecami siedziała publiczność, a my dwaj graliśmy. Po zakończeniu przyznał się, że potraktował mnie ulgowo. To było ewidentne, w przeciwnym razie partia miała­by inny finał, ale i tak rozpierała mnie duma. Do tej pory przechowu­ję na szachownicy w moim gabinecie rozpiskę całej rozgrywki. Otworzył grę groźnym i trudnym dla mnie posunięciem, czyli gambitem królewskim. Dzięki temu wyszedł do przodu, ale w piątym posunięciu zdecydowałem się na rozwiązanie Bobby'ego Fischera - który był historycznym przeciwnikiem Spasskiego - i wyrównałem. W tym momencie byliśmy zmuszeni powtórzyć trzy razy te same posunięcia i to wystarczyło, by ogłosić remis. Próbowałem później z pomocą Alvisego Zichichiego inaczej poprowadzić końcówkę par­tii, ale bez powodzenia. Tamtego dnia miałem za duży mętlik w gło­wie, straciłem ostatnich sześć, siedem posunięć. Szkoda.

 

Miałeś swoje ulubione strategie?

 

Przez pewien czas grałem "błyskawicznie", prowadząc grę opartą na szybkim tempie posunięć. Osiągnąłem niezłe rezultaty, ale potem zacząłem przegrywać. Stawałem w szranki z takimi sławami jak Ka­sparow i Karpow, z którym przegrałem do szczętu, z Judit Polgar -wówczas w ciąży - i z Peterem Lekó w Budapeszcie. To były dla mnie niezapomniane chwile. Lekó uprzejmie zgodził się zagrać raz jeszcze po tym, jak popełniłem banalny błąd na otwarciu. I tak przegrałem, ale przynajmniej zachowałem resztki honoru. Ostatnimi czasy doszedłem do wniosku, że istnieje czysto sza­chowa inteligencja, która ujawnia się podczas gry, ale nie ma nic wspólnego ze zdolnościami czy sposobem myślenia w życiu co­dziennym.

 

Inteligencja branżowa...

 

Tak. Wiele razy spotykałem osoby, z którymi rozmowa zupełnie się nie kleiła, a które okazywały się potem wybitnymi umysłami sza­chowymi. Odkryłem na przykład, że Spasski to niezwykle spokojny i łagodny człowiek, który podczas gry okazuje krwiożerczą determi­nację. [Tymczasem Ennio zabrał mi prawie wszystkie bierki].

 

Jak zaczęła się twoja miłość do szachów?

 

Przypadkowo. Jako młody chłopak trafiłem któregoś dnia na podręcznik do gry, zacząłem go przeglądać i w końcu kupiłem. Przez dłuższy czas tylko zgłębiałem zasady, aż w końcu zacząłem grać z Maricchiolem, Pusaterim i Cornacchionem, przyjaciółmi z kamie­nicy przy via delle Fratte di Trastevere, w której mieszkałem z rodzi­cami. Doszło nawet do tego, że zorganizowaliśmy turniej drużynowy. Tyle że zacząłem zaniedbywać lekcje muzyki i kiedy mój ojciec się zorientował, kazał mi natychmiast przestać. Więc przestałem. Nie grałem przez dłuższy czas. Wróciłem do szachów około 1955 roku, kiedy miałem już dwadzieścia siedem, a może dwadzieścia osiem lat i nie było to takie proste. Zapisałem się na turniej w Rzymie, na Za-tybrzu. Należy pamiętać, że przez te wszystkie lata nie praktykowa­łem gry. Pamiętam do dziś, że mój przeciwnik, z dzielnicy San Gio-vanni, zastosował "obronę sycylijską". Popełniłem karygodne błędy i przegrałem z kretesem, ale przynajmniej zrozumiałem, że chcę wrócić do nauki szachów. Wziął mnie pod swe skrzydła sam Tatai, dwunastokrotny zdo­bywca mistrzostwa Włoch, który pechowo nie został arcymistrzem przez głupie pół punktu podczas turnieju w Wenecji wiele lat wcześniej. Kontynuowałem naukę z Alvisem Zichichim, a potem z Ianniel-lem, "kandydatem na mistrza", który uczył już całą naszą rodzinę. I to on przygotował mnie do udziału w turnieju promocyjnym, w którym udało mi się dotrzeć do drugiej kategorii krajowej. Zdobyłem prawie 1700 elo. Niezły wynik, choć międzynarodowi mistrzowie oscylują wokół 2800 punktów. Na przykład Garri Kasparow doszedł do po­ziomu 2851 punktów.

 

Czyli nie żartowałeś... Kilka lat temu oświadczyłeś, że jesteś gotów zamienić Oscara za całokształt twórczości na tytuł szachowego mi­strza międzynarodowego. Teraz byłoby ci łatwiej składać podobne deklaracje, bo zamiast jednej masz już dwie statuetki. [Uśmiecham się]. W każdym razie te słowa zrobiły na mnie duże wrażenie. [Te­raz uśmiecha się Ennio].

 

Gdybym nie został kompozytorem, chciałbym być szachistą. Ale takim na wysokim poziomie, aspirującym do tytułu arcymistrza. Wtedy faktycznie opłacałoby się zostawić muzykę i komponowanie. Ale to nie było możliwe. Tak jak i nie miałem możliwości zrealizowa­nia swej dziecięcej ambicji i nie zostałem lekarzem. Jeśli chodzi o medycynę, to nawet nie próbowałem podążać tą drogą. Szachom poświęciłem wiele czasu, choć zacząłem naukę za późno i zarzuciłem ją na zbyt długo. Byłem już nastawiony na to, że zostanę muzykiem.

 

Żałujesz tego?

 

Cieszę się, że udało mi się spełnić na polu muzycznym, ale nie przestaję się zastanawiać, co by się stało, gdybym został szachi­stą albo lekarzem. Czy zdołałbym osiągnąć takie same sukcesy jak w muzyce? Niekiedy myślę, że tak. Wierzę, że dołożyłbym starań i że to by mi się udało. Bo wytrwale dążę do celu i jestem w stanie kochać to, co robię. Może to nie byłby "mój" zawód, lecz z pewnością odda­wałbym mu się z wielką pasją. Czasem takie myślenie może prowa­dzić do wątpliwości, czy nie dokonałem wyboru lekkomyślnie.

 

Kiedy zrozumiałeś, że chcesz zostać kompozytorem? Czy to powo­łanie?

 

Muszę się przyznać, że nie. To był stopniowy proces. Jak już ci mówiłem, w młodości miałem dwie ambicje: najpierw chciałem zo­stać lekarzem, a potem szachistą. W każdej z tych dziedzin chciałem być wybitny. Ale mój ojciec Mario, zawodowy trębacz, inaczej na to patrzył. Pewnego dnia wsadził mi trąbkę do ręki i powiedział: - Dzięki niej mogłem was wychować i utrzymać naszą rodzinę. Teraz kolej na ciebie. Zapisał mnie do konserwatorium do klasy trąbki i dopiero po kil­ku latach zacząłem się uczyć komponowania. To nauczyciele polecili mi ów wybór i faktycznie kurs harmonii ukończyłem z najwyższymi notami. Dlatego nazwałbym to bardziej dostosowaniem się do wy­mogu sytuacji, na którą nie miałem wpływu, niż powołaniem. Miłość do pracy oraz pasja przyszły z czasem i stopniowo, wraz z czyniony­mi postępami.

 

Fragment pochodzi z książki "Moje życie, moja muzyka. Autobiografia" >>

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

2.11

Liczba głosów:

18

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook