Bogu niech będą dźwięki

Życie Duchowe
(fot. Rasheed Kemy on Unsplash)

To było prawie dwadzieścia lat temu. Liceum im. Kazimierza Pułaskiego w Częstochowie, ciemny korytarz i mój kolega siedzący na zimnej podłodze przed wejściem do sali od polskiego. Kiedy podszedłem bliżej, zauważyłem, że na uszach ma słuchawki, a w ręku niewielkiego kaseciaka firmy Sony.

 

Od razu było widać, że go "trafiło". Miał wypieki na twarzy i minę kota z Cheshire. "Czego słuchasz?" - zapytałem. Nie było reakcji. Złapałem go za ramię i mocno potrząsnąłem. Dopiero wtedy powrócił do żywych. "Czego chcesz?!" - zapytał zirytowany. "Chciałem tylko wiedzieć, czego słuchasz" - odpowiedziałem pojednawczo. "Stary! To jest genialne! Posłuchaj sam!" - krzyczał, podając mi walkmana.

 

Wtedy pierwszy raz usłyszałem 2Tm 2,3. Odtąd, na przerwach, jak zaczarowani, zatapialiśmy się w świecie tych fenomenalnych brzmień i słów. Ja i moi kumple słuchaliśmy słów Pisma Świętego z wypiekami na twarzy! Do tego nie umiał nas zmusić żaden katecheta, nawet niesamowity Jacek Teler, który w chwilach wolnych od nauczania religii zajmował się zdobywaniem himalajskich ośmiotysięczników… W tym samym roku, w którym poznaliśmy "Tymoteusza", ukazała się książka Marcina Jakimowicza Radykalni. Zawierała wywiady z nawróconymi muzykami, wśród nich znaleźli się także członkowie 2Tm 2,3. Oszaleliśmy.

 

"Jezus był największym buntownikiem"

 

Dorastałem w czasach, gdy młodzi ludzie dzielili się na członków różnych subkultur. Wokół mnie najwięcej było punków i metali. Wystarczyło wejść do klasy i spojrzeć na siedzących w ławkach uczniów, by od razu poznać, kto jest kim. Przynależność do tych grup wiązała się ze światopoglądem, ale w rzeczywistości chodziło przede wszystkim o muzykę. Ktoś czesał się jak Kurt Cobain, chodził w rozciągniętych swetrach i powtarzał wszystkim wokoło, że życie nie ma sensu, ktoś inny zapuszczał długie włosy, zakładał ciemny płaszcz i patrzył na wszystkich spode łba jak Marilyn Manson. Muzyka była dla nas jak narkotyk. Mówiliśmy tylko o niej, wokół niej kręcił się nasz świat.

 

Większość z nas słuchała metalu, hip-hopu czy punka nie dlatego, że mieliśmy nihilistyczne podejście do życia albo że fascynowało nas zło. Byliśmy zwyczajnymi nastolatkami chcącymi w ten sposób wyrazić swój bunt. Zależało nam tylko na tym, żeby imponować dziewczynom i wkurzyć nauczycieli czy rodziców. Większość z nas to byli ludzie wierzący, pochodzący z tradycyjnych katolickich rodzin, uczęszczających w każdą niedzielę do kościoła i właśnie dlatego muzyka 2Tm 2,3 zadziałała na nas jak iskra na stóg suchego siana. Do tej pory wszystko, co pochodziło z Kościoła, było dla nas obciachowe i staroświeckie. Ta kapela potrafiła to zmienić.

 

Katecheci też potrafili dobrze wykorzystać to, jak działała na nas buntownicza muzyka. Niesamowite wrażenie zrobiło na mnie spotkanie zorganizowane w ramach przygotowania do bierzmowania, które prowadził ks. Mariusz Walczyk, wikariusz z mojej parafii św. Józefa na Rakowie. Wiedział, że się buntujemy i irytuje nas słodko-kwaśny klimat kościelnych wspólnot, w których wszyscy są mili i uśmiechnięci… Ksiądz Mariusz zapytał nas, co naszym zdaniem oznacza bunt. "Bunt jest wtedy, kiedy masz wszystko gdzieś!" - odpowiedział Tomek, wywołując rechot nastolatków. "Bunt to takie coś, kiedy robisz wszystko inaczej niż inni!" - wypalił Przemek. "A co robią wszyscy?" - zapytał wtedy ks. Mariusz. Cisza jak makiem zasiał, banda nastolatków wytężała szare komórki, żeby szybko wymyślić coś śmiesznego. "Każdy grzeszy…?" - odpowiedziałem nieśmiało, czując, że ta odpowiedź może trafić w oczekiwania księdza. "Więc największym buntownikiem był Jezus, On nigdy nie zgrzeszył" - powiedział ks. Mariusz, a my jeszcze długo siedzieliśmy z otwartymi buziami.

 

"Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła"

 

Stało się! W końcu dałem się namówić, pojechałem na oazę i nawróciłem się. Katecheci i księża odetchnęli z ulgą. Jacek Teler poczuł się, jakby zdobył kolejny szczyt, a mama zaczęła marzyć o synu-księdzu. Sam Proboszcz przyszedł do nas na kawę i z przekonaniem zapewnił moich rodziców: "Tak naprawdę nigdy nie wierzyłem, że to państwa syn rzucił cegłą w gablotę przed kościołem…". Nawet siostra A. przebaczyła mi próbę podpalenia jej zapalniczką, którą podjąłem w podstawówce podczas lekcji religii.

 

Choć w tym czasie zakochałem się w Jezusie i nie myślałem o niczym innym, to jednak oblężenie to zaczynało mnie wkurzać. Czułem się jak lew na safari - upolowany i podziwiany. Irytowała mnie ta procesja ludzi Kościoła, która poczuwała się do odtrąbienia swojego sukcesu w nawróceniu mnie. Już miałem znowu stać się wywrotowcem, ale mój przyjaciel Konrad (dziś ksiądz) zaprosił mnie na cotygodniowe spotkanie Ruchu Światło-Życie. Chciałem dalej być wśród innych młodych ludzi, którzy myślą jak ja i rozumieją, co czuję, dlatego zgodziłem się bez wahania.

 

I wtedy właśnie moja nowa fascynacja zderzyła się ze starą. Moi koledzy neofici i koleżanki neofitki powiedzieli mi, że teraz, kiedy oddałem życie Jezusowi, muszę pozbyć się wszystkiego, co mnie od Niego oddziela, a zwłaszcza "złej muzyki", że muszę spalić wszystkie kasety z szatańskim metalem i grzesznym hip-hopem… "Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła" - pouczył mnie animator. Załamałem się. Czy ktokolwiek zdaje sobie sprawę, co w latach dziewięćdziesiątych dla nastolatka znaczyło spalenie płyty Liroya Alboom? W czasach, kiedy każdy ma w smartfonie Spotify lub Tidala, nie da się tego pojąć. Dzisiaj to wydaje się zabawne, ale wtedy uważałem tę płytę niemalże za totem… Do dziś pamiętam każdy wers, każdą emocję, która wiązała się z tym krążkiem.

 

Ponieważ słuchałem Alboomu cały czas (dosłownie, nie w przenośni), zrobiłem kilka kopii (kasety niszczyły się od wielokrotnego przewijania), wśród nich wykonałem nawet specjalną kopię "light": przegrywając oryginał na inną kasetę i pauzując kopię w odpowiednich miejscach, stworzyłem wersję cenzuralną, której dało się słuchać głośno, gdy rodzice byli w domu. Potem mama kupiła mi walkmana i mogłem już słuchać Alboomu i innych kaset, kiedy i gdzie chciałem. Pamiętam, że zabrałem go nawet na zbiórkę ministrantów. Ksiądz, gdy zorientował się, że mam słuchawki na uszach, podszedł, zerwał mi je z głowy i zaczął słuchać. Trafił akurat na jeden z najbardziej soczystych fragmentów "Scyzoryka", złożony prawie z samych wyrazów rozpoczynających się na literę "k", więc znów mi się oberwało za muzykę, a moja mama dowiedziała się, że jest deprawatorką młodzieży, pozwalając na słuchanie przez jej syna takiego materiału.

 

Potem pojawiły się inne składy hiphopowe i metalowe, rap i rock wciągnęły mnie na lata. I ja miałem to teraz spalić? Zaczynałem już wierzyć, że Bóg nie lubi muzyki i że jest sztywniakiem, co do którego grubo się pomyliłem, ale moi animatorzy i katecheci byli na tyle mądrzy, żeby nie naciskać na mnie wtedy nadmiernie w sprawie muzyki, której słuchałem. Dzięki nim zrozumiałem, że Jezus nie chce zabrać mi tego, co kocham, ale być ze mną we wszystkim, co stanowi moje życie. To dało mi dużo pokoju. Mimo tego doświadczenia strach powiedzieć, co by się stało, gdyby mojej muzyki nie zastąpiła wówczas inna, równie atrakcyjna, ale jednak ta "dobra", akceptowana przez moich rówieśników z oazy. Czy moje nawrócenie przetrwałoby taką próbę?1 Uratował mnie właśnie "Tymoteusz" i inne kapele, które poznałem, słuchając płyt dołączanych do młodzieżowego magazynu "RUaH". Tam usłyszałem także pierwsze kawałki hiphopowe, które powstały wśród muzyków chrześcijan.

 

"Rób to, co kochasz"

 

Takich historii jest więcej. Jedną z moich ulubionych jest opowieść "Arkadia", dziś jednego z najciekawszych wykonawców "bożego rapu" w Polsce. Trudno powiedzieć, czy moglibyśmy słuchać teraz jego płyt, gdyby kiedyś nie spotkał mądrego księdza, który pokazał mu, że Bóg nie jest wrogiem jego talentu, nawet jeśli to talent do rymowania wersów, taki talent, który uchodzi za niegrzeczny i niepoprawny. Można gdybać, czy udałoby mu się bez rozbicia fałszywego obrazu Boga zostawić narkotyki, dilerkę i alkohol… Sam mówi, że doszedł w bardzo młodym wieku do takiego miejsca, gdzie nie widział już perspektyw dla swojego życia, wegetował.

 

Kościół i Pan Bóg kojarzyli mu się jedynie z zakazami i nakazami, a modlitwa pachniała co najwyżej naftaliną babcinej sukienki. Pewnego dnia wybrał się do kościoła, bo chodziła tam dziewczyna, która mu się podobała. Czekając na nią, słuchał kazania. Na początku tylko jednym uchem, bo nie dało się nie słuchać, ale z czasem słowa, które padały z ambony, zaczęły trafiać na podatny grunt. Ksiądz mówił o tym, że Bóg kocha nasze talenty i cieszy się razem z nami, kiedy podążamy za tym, co naprawdę kochamy. A on kochał hip-hop.

 

Do głowy mu nie przyszło, że Pan Bóg może być zainteresowany rymowanymi wersami. Prędzej wydawało mu się, że rap to coś, co Panu Bogu się nie podoba, że brwi Najwyższego gniewnie marszczą się już na pierwsze dźwięki soczystego bitu. Przecież tyle w rapie wulgarności, tyle gniewu… Nie, to nie może się podobać Bogu. Tymczasem słyszy: "Twój talent otrzymałeś od Boga. Bóg cieszy się, kiedy go wykorzystujesz, kiedy nie marnujesz tego, co dostałeś za darmo". Jak sam pisze na swojej stronie internetowej: wtedy "zostawił egzystencję, zaczął żyć".

 

Dziś tamta dziewczyna jest jego żoną, a rap jego pracą. Arkadiusz Zbozień "Arkadio" zaczął chodzić na spotkania jezuickiego duszpasterstwa MAGIS, pojechał na rekolekcje ignacjańskie, nagrał płytę inspirowaną duchowością św. Ignacego, współtworzy wydawnictwo inspirujące młodych ludzi do odkrywania swoich pragnień, napisał książkę, nagrał audiobooka, prowadzi rekolekcje i warsztaty, zainicjował ogólnopolską akcję "Rób to, co kochasz", ciągle się rozwija i pracuje nad nowymi projektami. Bóg codziennie dolewa paliwa do jego serca poprzez rap, muzykę, która ożywia dzisiaj młodych ludzi.

 

"Bo to wkurza moją mamę"

 

Wracam do tych opowieści sprzed lat, żeby pokazać, jak ogromną rolę gra (nomen omen) muzyka w życiu młodego człowieka. Można przytoczyć całe kolumny naukowych danych potwierdzających tę tezę, ale chyba najlepiej pokazują to historie, które napisało życie. Muzyka niesie ze sobą potężną dawkę emocji, daje przynależność do grupy osób słuchających podobnego gatunku, pozwala zdystansować się od starszych pokoleń, które słuchały czegoś innego, a które współczesna muzyka po prostu irytuje ("uwielbiam Sylwię Grzeszczak, bo jej utwory mega wkurzają moją mamę" - przeczytałem kiedyś na jednym z forów internetowych wypowiedź młodej fanki). Muzyka może kierować młodego człowieka w dobre rejony, pokazywać mu, że dobro, prawda, piękno są atrakcyjne i warte uwagi, ale może też prowadzić na manowce, podsycać negatywne emocje i budzić depresję. Nie można traktować jej jako nic nie znaczącego zainteresowania małolata, które "i tak na pewno mu przejdzie". Warto spróbować wejść w świat młodego człowieka i pomóc mu zrozumieć, że Bóg nie jest wrogiem talentów i fascynacji, ale… ich twórcą.


1 Dopiero po latach dowiedziałem się, że na płycie Alboom Liroya (w kawałku Who’s Tha Boss?!) grał na gitarze mój idol z 2Tm 2,3 Robert "Litza" Friedrich…

 

Łukasz Sośniak SJ (ur. 1982), dziennikarz, fotograf i konferansjer. Pracował w Radiu Jasna Góra, gdzie zajmował się głównie muzyką chrześcijańską. W 2015 roku wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. Interesuje się muzyką, głównie rapem, zwłaszcza tym tworzonym przez chrześcijan.

 

* * *

 

Tekst pochodzi z najnowszego numeru Życia Duchowego "Od młodości do samodzielności" (Lato 95/2018). Więcej o numerze przeczytasz tu

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.8

Liczba głosów:

5

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook