Oni też są Kościołem

List

 

Prawie nie spotkałem wśród żyjących w związkach niesakramentalnych człowieka, który nie miałby przykrych doświadczeń. Są obrażani głównie przy okazji kolędy albo załatwiania spraw związanych z chrztem dziecka. To takie urzędowe chamstwo. Z o. Józefem Puciłowskim, dominikaninem, historykiem i duszpasterzem rozmawia redakcja LIST.

 
"List": Zawsze zajmował się Ojciec historią, jest dyrektorem Dominikańskiego Instytutu Historycznego, ale kiedyś prowadził też Ojciec duszpasterstwo małżeństw niesakramentalnych. Lepiej powiedzmy: związków niesakramentalnych, obecnie w Polsce używa się właśnie takiego określenia. Tak, to prawda, a zaczęło się zupełnie niepozornie.
 
o. Józef Puciłowski: W latach 80. ówczesny prowincjał postanowił posłać dominikanów do Szczecina, by i tam rozpoczęli działalność duszpasterską. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, nie mieliśmy gdzie mieszkać - nie było tam jeszcze klasztoru ani niczego na kształt plebani. Dzięki uprzejmości bardzo miłych i dobrych ludzi, Marii i Roberta Waliszewskich, mogliśmy zamieszkać w ich czterech pokojach, podczas gdy oni sami przebywali gdzieś wAfryce Południowej. Żyliśmy tak chyba z pięć lat. Do czasu, kiedy nasi gospodarze wrócili, udało nam się coś wybudować. To właśnie przez Marię i Roberta, którzy – uwaga, proszę się nie gorszyć - żyli bez ślubu kościelnego, zaczęła się moja „przygoda" z duszpasterstwem związków niesakramentalnych. Państwu Waliszewskim bardzo zależało na Panu Bogu i walczyli o to, żeby zorganizować pomoc dla rodzin znajdujących się w podobnej do nich sytuacji. Byli animatorami pierwszych spotkań, zapraszali ludzi, dbali o oprawę liturgii. Mieliśmy też spotkania wyjazdowe, a nawet rekolekcje u zaprzyjaźnionych szczecińskich sióstr karmelitanek. Takie były początki.
 
W tej chwili nie zajmuję się już taką formą duszpasterstwa, ale jestem czasem proszony o głoszenie rekolekcji dla takich osób. Organizowałem je kiedyś z ks. jezuitą Mirosławem Paciuszkiewiczem i ks. pallotynem Janem Pałygą - duszpasterzami par niesakramentalnych. Jest spore zapotrzebowanie na takie spotkania. Pamiętam, jak na pewnych rekolekcjach - było na nich chyba z 80 par - podczas modlitwy wiernych ktoś podał intencję, która zabrzmiała nieco dwuznacznie: „Oby nas było jeszcze więcej". Rozumiem, o co chodziło... Dobrze, żeby takie osoby przychodziły do kościoła, ale żeby ich było więcej, to może lepiej nie!
 
Niektórzy w ogóle nie chcą przyjąć do wiadomości, że ludzie żyjący w związkach niesakramentalnych wciąż są w Kościele. Zawarcie powtórnego ślubu cywilnego nie wiąże się przecież z ekskomuniką.
 
Oczywiście, że nie. Osoby te są jednak w specyficznej sytuacji - są suspendowane. Człowiek suspendowany - czyli „zawieszony" w określonych czynnościach - jest dalej w Kościele, nie może jednak korzystać z pewnych sakramentów, w tym wypadku ze spowiedzi (nie dostanie rozgrzeszenia) i w konsekwencji z Komunii św.
 
Wydaje mi się - choć nie jestem pewien - że negatywny stosunek do związków niesakramentalnych jest charakterystyczny dla pewnej grupy księży. Doświadczyłem tego zaraz po święceniach. Posłano mnie do Gdańska i tam też po raz pierwszy chodziłem po kolędzie. Przed pójściem do ludzi otrzymaliśmy kartki, które podczas odwiedzin ksiądz powinien wypełnić. Na niektórych było napisane: „Nie wchodzić! Wiaruśnicy!". Nie bardzo wiedziałem, co to znaczy. Okazało się, że w kościelnym slangu „wiaruśnicy" to ludzie żyjący „na wiarę", czyli bez ślubu kościelnego. Sugerowano nam, by te mieszkania omijać. Państwo w tej Redakcji trochę mnie znacie, więc domyślacie się, że zrobiłem zupełnie inaczej. Chyba trochę przedobrzyłem, bo syn jednej z par, które wtedy odwiedziłem, został potem księdzem.
 
W małych miejscowościach czy na wsiach parom niesakramentalnym trudniej jest żyć niż w dużych miastach, w których łatwiej o anonimowość. Podejście ludzi jednak się zmienia. Dzisiaj w każdej diecezji jest ośrodek, który zajmuje się związkami niesakramentalnymi. Za moich młodych lat było trudniej. Zdarzało się, że w niektórych miejscowościach na pytanie naszych ojców, czy można by stworzyć taką wspólnotę, biskupi odpowiadali, że nie widzą potrzeby, bo w ich diecezjach takich problemów nie ma. Podejrzewam, że byli nieświadomi problemu.
 
Czy został wydany jakiś nakaz, np. Episkopatu, aby tworzyć takie duszpasterstwa, czy jest to raczej inicjatywa ludzi świeckich?
 
Nigdy nie słyszałem o odgórnym zaleceniu, wiem natomiast, że są diecezje, w których problem ten został potraktowany z należytą uwagą. Np. w Archidiecezji Szczecińskiej, wtedy kiedy tam mieszkałem, Kuria była bardzo życzliwa. Gdy pisałem zaproszenia na tego typu spotkania, ksiądz kanclerz bardzo chętnie je podpisywał i rozsyłaliśmy je do parafii. Księża na ogół czytali je podczas ogłoszeń parafialnych. Dochodziły mnie jednak słuchy, że niektórzy proboszczowie je bojkotowali. Byli zdania, że jeżeli ktoś żyje bez ślubu kościelnego, to „won z Kościoła!"
 
Jestem przekonany, że w regionach takich jak Archidiecezja Szczecińska, gdzie - o ile wiem - jest 25% communicantes (przyjmujących Komunię podczas niedzielnej Mszy), wrażliwość jest inna niż w regionach o silnych tradycjach katolickich, gdzie wszyscy są przekonani, że „rozwodników" nie ma.
 
Niektórzy próbują argumentować, że przez zakładanie duszpasterstw związków niesakramentalnych Kościół pośrednio daje przyzwolenie na taki sposób życia.
 
Przecież my nie mówimy, że związki niesakramentalne są dobre - one są złe. Pan Jezus przyszedł jednak, żeby leczyć zło. Tym ludziom trzeba pomóc zrozumieć ich sytuację i ułatwiać im wychowanie dzieci po katolicku. Łatwo jest potępić widoczny grzech, ale może trzeba najpierw przypatrzyć się naszym grzechom niewidocznym, a dopiero potem oceniać innych.
 
Miejscem grzesznika jest Kościół. Trzeba robić wszystko, żeby ludzie ci czuli się jego częścią, mimo że są pozbawieni dostępu do niektórych sakramentów. Już nie mówię o tym, że każdy przypadek jest inny, a wszystkie są bardzo bolesne. Potrzeba dużej delikatności. Jeśli ksiądz nie grzeszy mądrością, może jeszcze przysporzyć cierpienia. Nie wolno wyrokować zbyt łatwo, bez wniknięcia w konkretną sytuację.
 
Prawdą jest jednak, że niełatwo zmienić ludzką mentalność. Kiedy o. Roman Dudak, kapucyn, kilkadziesiąt lat temu zaczął prowadzić w Gdańsku rekolekcje dla par niesakramentalnych, biskup pewnej diecezji, do której został zaproszony przez braci kapucynów, wezwał go do siebie, kazał wyrecytować „Wierzę w Boga Ojca" i wyrzucił za drzwi. Przełożeni zakonni poparli go jednak i zachęcali nadal do prowadzenia rekolekcji. Takie były początki.
 
1 2  
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.75

Liczba głosów:

12

 

 

Komentarze użytkowników (34)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~mea 08:37:10 | 2012-08-25
O. Puciłowski podaje  przykłady, gdzie osoby żyjące w ponownych związkach po rozwodzie są w sposób karygodny napiętnowane, jak ta babcia 80 letnia, czy chłopiec, który jest dzieckiem rodziców żyjących bez ślubu. Pewnie zdarza się coś takiego, ale chyba rzadko. Takie przykłady mają zapewne na celu wzbudzić sympatię dla ludzi żyjących po rozwodzie z innymi partnerami (zazwyczaj po porzuceniu sakramentalnych małżonków.)
Widać jak bardzo zwiększa się  tolerancja Kościoła dla ludzi rozwodzących się i żyjących w ponownych związkach po rozwodzie. Duszpasterstwa dla niesakramentalnych wcale nie są miejscem nawrócenia tych ludzi, ale wspierają ich na "nowej drodze życia".
Rację ma TomaszL. Należy bardziej angażować się w duszpasterstwa dla małżeństw, a  likwidować duszpasterstwa dla niesakramentalnych, które nie spełniają podstawowego celu chrześcijańskiego - prowadzenia do nawrócenia, czyli zerwania z grzechem

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

TomaszL 21:16:30 | 2012-08-21
Osoby żyjące w grzechu oczywiście maja prawo być w Kościele, nie można ich ani oceniać , ani potępiać.
Zwykłym ludzkim chamstwem jest ocenianie dzieci poprzez pryzmat grzechów rodziców.

Kościół jako wspólnota ma obowiązek poprzez delikatne i wyważone, ale równocześnie  jednoznaczne w odbiorze braterskie upomnienie pomóc wszystkim grzesznikom,  aby nie grzeszyli więcej.
Jeżeli taki sens ma duszpasterstwo dla osób cudzołożących to bardzo dobrze. Gorzej, jak wspiera je w trwaniu w grzechu.
I przy okazji ważniejsze jest zaangażowanie Kościoła nad pracą duszpasterską dla rodzin w kryzysie, aby uniknąć najgorszego, czyli rozwodów.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

MR 20:45:31 | 2012-08-21
" Prawie nie spotkałem wśród żyjących w związkach niesakramentalnych człowieka, który nie miałby przykrych doświadczeń. Są obrażani głównie przy okazji kolędy albo załatwiania spraw związanych z chrztem dziecka. To takie urzędowe chamstwo."
Oczywiście nie da sie wykluczyć niegrzecznego, czy wręcz chamskiego zachowania kapłana, czy kogoś w parafii. Ale czy nie podczepiają się pod to, poczucie krzywdy osoby, którym uświadomiono stan faktyczny w jakim żyją i tylko tyle. Słyszałem kilkakrotnie w tym kontekście "Kościół jest nietolerancyjny", musi iść z duchem czasu"  "I tak co drugi ksiądz ma kochankę" itp. 

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~jak to jest? 19:46:33 | 2012-08-21
Dlaczego są takie rozbieżności w sprawie niesakramentalnych? W tym artykule odpowiadający ksiądz głosi , że "jeśli obiecają, że nie będą współżyli, mogą spokojnie otrzymać rozgrzeszenie i przystępować do Komunii św...'"

A niedawno w wątku "Spanie u chłopaka" odpowiadał inny ksiądz, który twierdził zupełnie inaczej:
"Ponieważ wiarołomny mąż był stroną, która skrzywdziła, więc w jego przypadku nie wchodzi w rachubę życie z inną kobietą jak brat ze siostrą, by otrzymać rozgrzeszenie i przystępować do komunii świętej. ... aby otrzymać rozgrzeszenie, musi zamieszkać osobno i oczywiście spełnić pięć warunków dobrej spowiedzi. ...'"

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~lepiej późno niż wcale 00:41:06 | 2011-12-19
Oni są Kościołem (powyższy tekst)

a ci dopiero teraz - po 20-stu latach (bo conajmniej tyle mają duszp.niesakrament.)
http://www.opoka.org.pl/biblioteka/Z/ZR/md_duszp_skrzywdzonych.html

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~M 21:25:53 | 2010-03-25
cytat nie z artykułu:
(...) przecież nie będziemy stwierdzć nieważności małżeństwa z gorącej miłosci do naszego małżonka?

Ależ właśnie tak!
Stanięcie w prawdzie o swoim małżeństwie to właśnie MIŁOŚĆ. Wobec Boga i wspólmalżonka.



cytat z artykułu:
"Dzisiaj w każdej diecezji jest ośrodek, który zajmuje się związkami niesakramentalnymi."

RÓWNOCZEŚNIE powinno byc tyleż samo (w każdej diecezji) duszpasterstw dla małżeństw sakramentalnych będących w kryzysie. > Bo kryzysy właśnie mogą skończyś się rozwodem i wówczas jest o krok do następnego związku - niesakramentalnego.

Za mało troski o małżeństwa sakramentalne przechodzące trudne okresy i kryzysy - to jak "luka" w kościele.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

JurekS 10:37:04 | 2010-03-04
Pytająca, jeżeli jeszcze śledzisz ten wątek dołączam się do zyczeń jakie wypowiedziała m0cna.
My ciągle mierzymy się z zyciem na miarę naszych sił. I nie zostawiamy miejsca dla działania Chrystusa. A On naprawdę nie zostawia nas samych. Piszę to z własnego doświadczenia. Kiedy miałem 36 lat odeszła ode mnie zona. Po kilku latach wydawało mi się, że złapałem Pana Boga za nogi i wstapiłem w związek niesakramentalny. To był największy błąd w moim zyciu. Udało mi się wyjśc z niego, ale nie dzięki takim duszpasterstwo tylko dzięki mojej wspólnocie. Żeby się bardzo nie rozwodzić mieszkam z jednym z synów (drugi już wyjechał do pracy), powierzam Bogu moją sprawę i jeste spokojny czy w Jego planach jest żebyśmy się zeszli. Moja żona (zawsze tak o niej mówiłem i mówię) jest też od wielu lat sama więc może przyjdzie czas, że w niebie zabrzmią chóry anielskie.
Kiedyś spowiednik powiedział mi, gdy mówiłem jak ważny jest dla mnie powrót żony, żebym najpierw uporządkował swoje relacje z Bogiem. Uczyniłem to i jestem szczęśliwym człowiekiem.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

m0cna 15:46:07 | 2010-03-03
Motywów to jest 180 milionów. Conajmniej.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

brat_robot 15:33:57 | 2010-03-03
No i motywy. Dlaczego ktoś decyduje się na takie rozwiązanie? Chce odejść od małżonka, przyznać, że to małżeństwo było niewypałem, że się nie udało. I teraz szuka przyczyn, które pokażą, że tak naprawdę wcale go nie było... Motyw jest przecież ten sam co w przypadku rozwodu - przecież nie będziemy stwierdzć nieważności małżeństwa z gorącej miłosci do naszego małżonka?

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

m0cna 15:32:39 | 2010-03-03
brat_robot: No cóż, chciałabym wierzyć, że sprawy o stwierdzenie nieważności małżeństwa są rozpatrywane wnikliwie i w świetle prawdy, a orzeczenia są podejmowane rzetelnie. W każdym razie nie mam podstaw, by stwierdzić, że tak nie jest.

Oceń odpowiedz

Pokaż więcej komentarzy

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook