Debata publiczna: główne bariery rozwoju

Dziennik Polski

Zapętlenie polskiej debaty publicznej osiągnęło taki stopień, że dyskusję o barierach jej rozwoju warto zacząć od spraw podstawowych. Podstawą wszelkiej deliberacji jest komunikacja. Proponuję rozróżnienie dwóch jej modeli.


Dominują u nas debaty "o Polsce", podczas gdy dojrzała deliberacja wymaga komunikacji "dla Polski". Komunikując "o Polsce" najczęściej przyjmujemy postawę zewnętrzno-diagnostyczną. Oto jest "jakaś" Polska lub jej fragment, który podlega oglądowi i ocenie. Oceniający najczęściej stawia się na zewnątrz ocenianej rzeczywistości i przyjmuje wobec niej postawę wyższości. Po drugie, komunikacja "o Polsce" zwykle łączy się z technokratycznym postrzeganiem rzeczywistości kulturowej i społecznej. I po trzecie, komunikacja "o Polsce" ze względu na swój diagnostyczny charakter ciąży zazwyczaj ku przeszłości.


Komunikacja "dla Polski" powinna być zgoła odmienna. Tu diagnostyczny dystans zastępuje uczestnicząca empatia, a przestrzeń dla poczucia wyższości zostaje zawężona, ponieważ komunikacja dla kogoś lub czegoś wymaga minimalnego choćby poziomu akceptacji. Poza tym komunikacja "dla Polski" wiąże się z naturalnym wychyleniem ku przyszłości.


W odpowiedzi na pytanie o jakość i bariery deliberacji w Polsce potrzebne jest trafne rozpoznanie, które z tych barier mają charakter zewnętrzny (globalny), które zaś stanowią specyficzne cechy polskiego dyskursu publicznego. Nie warto bowiem marnować zasobów na przeciwdziałanie temu, co nie leży w zasięgu naszych możliwości.


Wiele wskazuje na to, że kluczową barierą zewnętrzną jest postępujące podporządkowywanie kolejnych obszarów debaty publicznej logice gry rynkowej. Coraz więcej rodzajów i sposobów komunikowania staje się towarem. Kolonizacja komunikacji przez rynek sięga tak głęboko, że próbuje się podporządkować reklamie nawet najbardziej nieformalny z kanałów komunikacji - plotkę - i użyć jej do oddziaływania na jedne z najbardziej spójnych i nieprzenikalnych wspólnot - przyjacielskie grupy rówieśnicze. Podobnej kolonizacji ulegają kanały komunikacji społeczności internetowych. Dominacja zasad rynkowych nad procesem komunikacji niesie poważne konsekwencje dla jej form i treści. Po pierwsze, obserwujemy postępujące zbliżanie stylistyki i treści przekazów o charakterze informacyjnym i rozrywkowym. Dawno temu minęły czasy, gdy porządkiem serwisów informacyjnych rządziła domniemana struktura ważności informacji wyznaczana przez ich doniosłość dla wspólnoty. Druga kwestia to stopniowe spychanie debaty publicznej do coraz bardziej niszowych enklaw komunikacyjnych. Kolonizacja komunikacji przez rynek i jej infantylizacja to zjawiska globalne, z którymi będziemy musieli żyć, co nie zwalnia nas od obowiązku ograniczenia szkód, które one powodują. Dużo istotniejsze wydają się bariery lokalne, także dlatego, że ich usunięcie może dawać nadzieję na zminimalizowanie szkód generowanych przez trendy globalne.


Bariera pierwsza: próżnia komunikacyjna


W czasach PRL socjologowie diagnozowali zjawisko próżni socjologicznej - instytucjonalnej pustości społeczeństwa, które integruje się naturalnie jedynie na poziomie wspólnot rodzinnych i sąsiedzkich oraz często sztucznie i na siłę integrowane jest na poziomie państwa. Brak instytucji pośredniczących w znacznej mierze wyjaśniał dynamikę społeczną PRL. W okresie transformacji socjologowie porzucili pojęcie próżni socjologicznej, zakładając zapewne, że zdjęcie autorytarnego kagańca uruchomi procesy naturalnego wypełniania przestrzeni społecznej między państwem a rodziną. Było to założenie nazbyt optymistyczne. Mechanizmy dezintegracyjne, naturalne w procesach głębokich przemian, nie tylko nie pozwoliły na szybkie wykreowanie instytucji pośredniczących, lecz także osłabiły integrację na poziomie wspólnot rodzinnych i sąsiedzkich oraz na poziomie instytucji państwowych.


Istotą próżni komunikacyjnej, o której piszę, jest niezdolność do odgrywania przez oficjalne kanały komunikacji roli pośrednika między ośrodkami decyzyjnymi i opiniotwórczymi a potocznym, codziennym doświadczeniem obywateli. Zjawisko to ma dwa oblicza. Jednym jest fasadowość i niefunkcjonalność oficjalnych kanałów komunikacji społecznej. Każdy, kto próbował korzystać z Biuletynu Informacji Publicznej, powoływał się w sporach z urzędami na Ustawę o dostępie do informacji publicznej lub miał okazję zasiadać w instytucjach odpowiedzialnych za dialog i konsultacje społeczne wie, jak bardzo nieefektywne i zrytualizowane są ich działania.


Nieefektywność formalnych kanałów komunikacji społecznej nie byłaby może wielkim problemem, gdyby swoją rolę pośrednika w dialogu między grupami społecznymi a państwem odgrywały skutecznie media. Te jednak częściej pozycjonują się wobec władzy ("czwarta władza", która władze publiczne śledzi i recenzuje) niż wobec społeczeństwa. Tymczasem jedną z kluczowych funkcji mediów powinna być misja opisu i systematyzacji doświadczenia potocznego, czynienia indywidualnych trosk społecznie widzialnymi i ważnymi, tak by odpowiednie instytucje (administracyjne, polityczne, naukowe) mogły owe zdefiniować jako problemy społeczne. Tymczasem media w Polsce odgrywają tę rolę nader niechętnie. Do dziś w doświadczeniu potocznym Polaków silnie zakorzenione jest myślenie w kategoriach norm nieformalnych, nieoficjalnych układów i zakulisowych gier.


To jednak tylko jedno oblicze próżni komunikacyjnej. Drugie wiąże się ze słabością kanałów komunikacji na szczeblu lokalnym. Media lokalne nie są w stanie pełnić przypisywanej im roli kontrolnej. Poziom uzależnienia od władzy w sytuacji mizerii finansowej, formuły zatrudnienia dziennikarzy oraz niska konkurencyjność sprawiają, że lokalne gazety i radiostacje - jakkolwiek chętnie czytane i słuchane - bez wsparcia mediów ogólnopolskich rzadko są w stanie efektywnie wpływać na funkcjonowanie lokalnej władzy.


Ale słabość komunikacji na poziomie lokalnym to nie tylko słabość mediów. Ostatnie wybory samorządowe pokazały, że z każdą kolejną kadencją rośnie liczba wsi i miast, w których wybory zmieniają się w plebiscyt. Burmistrzowie i wójtowie niemający kontrkandydatów stają się stałym elementem polskiego pejzażu politycznego. Wiele wskazuje na to, że przejęcie władzy w miastach i gminach, którymi nie są zainteresowane media ogólnokrajowe, daje komfort automatycznej reelekcji. I nie wiemy, na ile jest to efekt dobrego rządzenia, a na ile tego, że władza lokalna jest w stanie zmonopolizować kanały komunikacyjne tak, by nie dopuścić do skrystalizowania silnej opozycji. Tak czy inaczej brak kontrkandydatów i masowe reelekcje można traktować jako pośredni wskaźnik słabości lokalnych kanałów przepływu informacji.


Bariera druga: słowa nie są niewinne


Problem infrastruktury komunikacji, środków, jakimi lokalne wspólnoty dysponują w celu artykulacji własnych interesów, to zagadnienia kluczowe, ale nie jedyne w kontekście debaty publicznej. Ważny jest też język owej debaty. Słowa nie są niewinne; niosą również wiedzę milczącą, ukryte sensy i znaczenia. W szczególności zaś nie są niewinne metafory, które w debatach oraz w ich opisywaniu stosujemy. Są wśród nich bowiem takie, które mają charakter zamykający, a ich użycie utrudnia lub wręcz kończy dyskusję.


Ujmowanie argumentowania w kategoriach wojny i konfliktu jest naturalnym obrazowaniem zakorzenionym silnie w języku potocznym. W tym przypadku ważne jest nie tyle samo występowanie tej metafory, co jej częstotliwość. Jeśli bowiem wszelkie ruchy w debacie publicznej traktowane są w kategoriach "wojny", "zwycięstwa", "przegranej", "ataku" "obrony", a adwersarze w kategoriach "wrogów" czy "zdrajców", to przestrzeń rozmowy zostaje drastycznie zawężona. Metafora ta zawiera również milczące założenie, że debata jest grą o sumie zerowej: by jedna strona wygrała, druga musi przegrać. Deliberacja z kolei zakłada, że dialog prowadzony jest właśnie po to, by uczynić z kontrowersji grę o sumie niezerowej. Słowem, im więcej wojennej retoryki, tym trudniej o realizację naczelnego celu deliberacji.


Inna bardzo szkodliwa metaforyka nawiązuje do świata patologii medycznych. Jeśli pewne poglądy i stanowiska określane są mianem szaleństwa, a osoby je głoszące wysyłane "do psychiatry", zakwestionowane zostają podstawy deliberacji. Ta bowiem opiera się na uznaniu prawa do głosu każdego kompetentnego rozmówcy. W demokracji zaś ostatecznym testem kompetencji jest uzyskanie mandatu pochodzącego z elekcji. Ten rodzaj metaforyzacji jest szkodliwy zwłaszcza wtedy, gdy stosowany jest systematycznie i systemowo wobec jednolitej grupy osób.


Trzeci typ szkodliwej metaforyki wiąże się z dążeniem do językowego odczłowieczenia adwersarza. Istnieją tu dwie strategie retoryczne. Pierwsza polega na tworzeniu aury "nieczystości". Związki frazeologiczne z użyciem słów: "utytłać", "błoto", "gnój" itp. mają na celu dehumanizację rozmówcy, sprowadzenie go do istot niższego rzędu. I właśnie metafory zwierzęce stanowią drugi wymiar retorycznego odczłowieczania. To, co wielu komentatorów drażni w języku slangowym przestępców (np. określanie policjantów mianem "psów"), jest metaforą często występującą w języku mediów i polityków. Dziennikarskie (i nie tylko) śledztwa określane są jako "szczucie opinii publicznej", dziennikarze, historycy, politycy bywają nazywani "psami gończymi" lub w innych kontekstach "kundelkami". Większe zbiorowości określane zaś bywają mianem "bydła" bądź "watah".

 

Metafory tego rodzaju pociągają za sobą niekiedy radykalne pomysły rozwiązywania problemów społeczno-politycznych. Słyszymy więc o "dorzynaniu", "patroszeniu" czy "wypruwaniu flaków". Wszystkie powyższe metaforyzacje są szkodliwe dla jakości debaty publicznej. Szkodliwość ta nie sprowadza się do zakwestionowania takich czy innych osób lub poglądów, lecz do zawartego w nich zakwestionowania etycznych podstaw deliberacji. Tradycja liberalna rozpoznaje debatę jako sposób zarządzania ludzkimi sprawami sprzeczny z przemocą. Tymczasem wszystkie powyższe metafory czynią z debaty przemoc realizowaną jedynie przy użyciu innych środków. Możliwość deliberacji opiera się na założeniu, że przynajmniej pod względem samego "wejścia w rozmowę" prawa wszystkich uczestników są równe. Żadna z powyższych metaforyzacji nie uznaje tych praw i pozbawia adwersarzy statusu podmiotów moralnych.


Bariera trzecia: nieprzejrzystość mediów


Zasadnicza nieprzejrzystość i nieprzewidywalność świata społecznego wydaje się jedną z kluczowych cech późnej nowoczesności. Nie oznacza to oczywiście, że prób zmierzających do osiągnięcia przejrzystości i przewidywalności należy zaniechać.


W kontekście jakości polskiej debaty publicznej należy zwrócić uwagę na następujące kwestie.


Po pierwsze, brak systematycznie realizowanych programów badawczych, których przedmiotem jest monitorowanie rynku mediów, przede wszystkim jeśli chodzi o strukturę własności oraz jej wpływ na przekazywane treści.


Po drugie, brak analogicznych programów i instytucji zajmujących się ciągłym monitorowaniem treści mediów pod kątem wychwycenia mowy nienawiści oraz zidentyfikowanych powyżej metafor niszczących debatę publiczną.


Po trzecie wreszcie, instytucje kontrolne rynku mediów w Polsce nie działają sprawnie ze względu na niesłychanie niski autorytet wynikający z ich upolitycznienia. Efektem jest daleko posunięta tolerancja dla konfliktu interesów dziennikarzy, brutalnych zachowań retorycznych polityków oraz stosowania podwójnych standardów w debacie publicznej. Należy mocno podkreślić, że w tych kwestiach kluczowe są działania instytucjonalne.


Co zatem robić?


Wiele wskazuje na to, że program naprawczy opierający się na elementach powyższej diagnozy musiałby mieć charakter przede wszystkim edukacyjny. Jego centralnym elementem powinno być wprowadzenie do programów nauczania (chyba już w szkołach podstawowych) przedmiotu, który nieco żartobliwie można nazwać "kursem samoobrony konsumenckiej i obywatelskiej". Jego treść powinna obejmować systematyczne odsłanianie wszelkich mechanizmów rynkowej i medialnej manipulacji, na które w dorosłym życiu natyka się każdy z nas. Program takiego przedmiotu - koniecznie oparty na przykładach, ćwiczeniach praktycznych i warsztatach z zakresu komunikacji - dawałby szanse na uodpornienie obywateli przynajmniej na część negatywnych efektów związanych z marketyzacją i infantylizacją debaty publicznej. Co ważniejsze jednak, miałby szansę stworzyć realne społeczne zapotrzebowanie na poprawę jakości debaty publicznej we współczesnej Polsce. Barierą bowiem najważniejszą dla jej rozwoju wydaje się fakt, iż środowiska i instytucje, którym autentycznie zależy na poprawie sytuacji w tym względzie, są pod każdym względem nieporównywalnie słabsze od indywidualnych i instytucjonalnych aktorów, którym zależy na tym, aby stan obecny trwał.


Dr Radosław Sojak jest pracownikiem naukowym Instytutu Socjologii UMK w Toruniu. Powyższy tekst został oparty na referacie przedstawionym podczas V Kongresu Obywatelskiego. Tytuł i skróty od redakcji. Oryginalny tekst dostępny na stronie internetowej Polskiego Forum Obywatelskiego (www.pfo.net.pl)


Źródło: Debata publiczna: główne bariery rozwoju

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

6

 

 

Komentarze użytkowników (3)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~R 17:00:13 | 2011-05-31
Debaty obywatelskiej nie ma. Jest propaganda. Wszyscy okiopali się na swoich szańcach i są szcelni na cudze argumenty. Jak za PRL. "Oni" i "My". Może za 30 lat.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~veritas 10:25:03 | 2011-05-31
Tak, tak - niech sobie Polacy ładnie i grzecznie podebatują, zgodnie z regułami sztuki. Nich się zajmą debatami i nie mieszaja do polityki.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Kinga 10:05:37 | 2011-05-31
'Kurs samoobrony konsumenckiej i obywatelskiej' to dobry pomysł. Trzeba inwestować w młode pokolenie, bo starszym już chyba nic nie pomoże, jak widać.

Oceń odpowiedz

 

 

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook