Władca Etatów: Powrót Wójta

Dziennik Polski

Halina ma podkrążone oczy. Od kilku dni nie śpi - przez wybory. Nie, nie kandyduje. Jest sprzątaczką w gminnym ośrodku kultury w zachodniej Małopolsce. Pragnie nią pozostać jeszcze przez parę lat, do emerytury - i właśnie w tym sęk.


- Przez cholerne wybory mogę stracić robotę - boi się.


Etat w GOK-u dostała osiem lat temu, po wyborach właśnie. Nowy, wyłoniony po raz pierwszy w bezpośrednim głosowaniu, wójt zrobił porządki. Polegały one głównie na wymianie krewnych i znajomych poprzednika (kolegi z tego samego ugrupowania, który "poszedł wyżej") na swoich. Objęły całą masę ludzi, bo urząd, czyli w praktyce wójt, jest największym w okolicy pracodawcą.


- Nie prezydent Komorowski, nie premier Tusk, tylko właśnie pan wójt jest u nas władcą. Panem życia i śmierci - podkreśla Halina. Mówi "pan wójt", choć to przecież syn maminej siostry.

 

W kampanię służącą reelekcji wójta zaangażowała się cała rodzina Haliny. We własnym interesie, bo wielu jej członków pracuje w urzędzie lub gminnych instytucjach (przede wszystkim w podstawówce i gimnazjum oraz ośrodku pomocy społecznej), a także dwóch spółkach komunalnych. Zarobki nie są tam może oszałamiające, ale - pewne. Do tego trzynastki, bony.

 

Żaden pracodawca w okolicy nie daje tyle. Halina to wie, bo wcześniej pracowała u szwagra w sklepie - po 12 godzin dziennie na oficjalne pół etatu i 300 zł z rączki do rączki. - A tutaj wszystkie składki pięknie popłacone - mówi.

 

Oprócz szwagra ma jeszcze w rodzinie budowlańca i speca od komputerów. Obaj popierają wójta, bo "daje zarobić". Gmina jest bowiem nie tylko największym pracodawcą, ale i jedynym w okolicy inwestorem. Do tego zamawia różne rzeczy - od papieru i spinaczy, po catering. Wydaje na to kilka milionów rocznie. Teoretycznie wydatki są pod kontrolą radnych i Regionalnej Izby Obrachunkowej, a o wyborze oferentów decydują przetargi zgodne z ustawą o zamówieniach publicznych, ale w praktyce wszystkim - gminnym majątkiem, wydatkami i ulgami podatkowymi, a także lokalną "prasą" opisującą (za gminne pieniądze i ogłoszenia z gminnych spółek) dokonania władzy i marność oponentów - rządzi jedna osoba: wójt.

 

Zatrudnieni przez niego ludzie i ich rodziny stanowią wystarczający elektorat, by go wybrać na kolejną kadencję. Halina ma przynajmniej taką nadzieję. Bo jak nie, to wygra poprzednik - z ekipą, którą obecny wymiótł. Halina żałuje, że nie mieszka w sąsiedniej gminie, gdzie przeciwko obecnemu wójtowi nikt nie ośmielił się stanąć.

 

Wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast nie zawsze byli tacy mocni. Początkowo nawet całe gminy nie dysponowały tak potężnym majątkiem oraz zestawem sił i środków. 20 lat temu, na początku polskiej reformy samorządowej, ówczesny minister finansów Leszek Balcerowicz obawiał się wypuszczenia spod kontroli rządu 40 procent finansów publicznych - a właśnie tyle przekazano wtedy administracji lokalnej. "Solidarnościowi" reformatorzy chcieli wyodrębnić z majątku narodowego mienie komunalne, żeby nawet w przypadku powrotu "komuny" na szczeblu centralnym - w terenie kwitła wolność.

 

Po roku wszyscy przekonali się, że gminy potrafią wydawać publiczne pieniądze o wiele rozsądniej i efektywniej niż centrala. Zdecydowanie lepiej dbają o majątek, co świetnie widać na przykładzie szkół, bibliotek, domów kultury. Oraz inwestują. Właśnie dzięki samorządom Polska nadrobiła kilkudziesięcioletnie zapóźnienie w tworzeniu infrastruktury (wodociągi, kanalizacja, drogi, komunikacja). W całych latach 80. do sieci wodociągowej podłączono trzysta tysięcy budynków, a w latach 90., po reformie, ponad dwa miliony.

 

W kolejnych latach gminom - których jest prawie 2,5 tys. - przybywało kompetencji, majątku, pieniędzy - i władzy. Zgodnie z ideą, by to lokalne społeczności decydowały o tym, co jest dla nich ważne, co chcą i będą robić, by żyło im się lepiej. Przesunięcie władzy w dół uwolniło ogromne zasoby ludzkiej energii i aktywności. Aż trzy czwarte ludzi, którzy po 1990 roku weszli do samorządów, nie działało wcześniej publicznie.

 

Przez 12 lat, czyli w trzech kolejnych wyborach samorządowych, wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast byli wybierani przez radnych. Z tego powodu ich los zależał od lokalnych układów - i gier - politycznych. Osiem lat temu, po burzliwych dyskusjach i głosowaniach w parlamencie, zyskaliśmy możliwość bezpośredniego wyboru lokalnych włodarzy.

 

Inicjatorom tej zmiany chodziło o "zagwarantowanie większej skuteczności i wzmocnienie autorytetu gminnej władzy wykonawczej", czyli o to, by wójtowie i burmistrzowie przestali być zakładnikami rad, bo to skutkuje - jak tłumaczył poseł Waldy Dzikowski z PO - "patologiami społecznymi, kumoterstwem, korupcją, kompromitującymi demokrację lokalną".

 

1 2  
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.33

Liczba głosów:

9

 

 

Komentarze użytkowników (2)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~PL 16:25:51 | 2010-11-20
no wlasnie - oddajcie nam cala wladze, zostancie zdala od polityki- a my zrobimy wam raj na ziemii, wybudujemy jeszcze 1000 orlikow- b wszycy mieli dobrze przy budowie- wiadomo - RODZINA NA SWOIM

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~teresa 10:15:27 | 2010-11-19
Macie tu przykład na to ,dlaczego taki system samorządności jest zły, a rząd nie ma kontroli nad niczym.Niby wszystko gra, tylko ,że w zaledwie kilku miejscach, reszta to szmelc i nędza. Proponuję wybory na sprzątaczki w saorządowych placówkach,może ich praca różni się w zależności od przynmależności partyjnej ?

Oceń odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?