Disneyland Sukiennice

Dziennik Polski

Z początkiem września cały Kraków zejdzie do podziemia. A za nim - świat. Z ciekawości. Zapewne każdy będzie chciał zobaczyć cudo, które - według założeń i zapowiedzi - przyćmi Trakt Królewski, katedrę Mariacką, a nawet sam Wawel. Wyobrażenie o tym, jak wygląda najważniejsza inwestycja prezydenta Jacka Majchrowskiego i co tak naprawdę ujrzymy w podziemiach Rynku Głównego, ma jedynie kilka osób. To osobliwe, chodzi bowiem o jedno z najważniejszych miejsc - nie tylko w Krakowie, nie tylko w Polsce, ale i w Europie.


Uważano dotąd powszechnie, że wokół zagospodarowania takiego miejsca powinna się toczyć publiczna debata. Tymczasem dostatecznej wiedzy na temat powstającej tam atrakcji nie mają dziś, na dwa miesiące przed zakończeniem robót, nawet najbliżsi współpracownicy prezydenta. Nie mają jej również miłośnicy zabytków, historycy sztuki i inni ludzie żywotnie zainteresowani przeszłością - i przyszłością grodu Kraka. O mieszkańcach nie wspominając.


Krąg wtajemniczonych ogranicza się na razie do grona profesorów skupionych wokół Jacka Majchrowskiego; na ich czele stoi prof. Ireneusz Płuska, wybitny specjalista od renowacji rzeźby. Najlepiej zorientowani są, oczywiście, autorzy realizowanej od trzech miesięcy wizji, z konsorcjum kilku firm pod wodzą toruńskiej spółki Trias, która specjalizuje się w multimedialnej obsłudze wydarzeń firmowych, religijnych, sportowych, festiwali, a zasłynęła m.in. współwykonawstwem Muzeum Powstania Warszawskiego.


W lutym konsorcjum Triasu wygrało ogłoszony przez miasto przetarg na aranżację podziemi Rynku. Scenariusz opracowała krakowska agencja ART.FM, związana niegdyś z radiem RMF; elementy wystawy tworzą fachowcy z łódzkiej "filmówki", współtwórcy oscarowego filmu "Piotruś i Wilk", architekci, plastycy, spece z centrum Stanisława Tyczyńskiego w Alwerni...


Współpracownicy Jacka Majchrowskiego twierdzą, że 9 czerwca chcieli poinformować opinię publiczną o postępach prac, ale z różnych powodów do tego nie doszło. I teraz, z niedostatku informacji oraz z powodu niepokojących przecieków (dosłownie i w przenośni), Kraków huczy od plotek. W środowisku coraz bardziej podekscytowanych muzealników i historyków krąży wieść, że - wbrew zapowiedziom Jacka Majchrowskiego i jego ludzi - w podziemiach nie znajdzie się wcale muzeum średniowiecznego Krakowa. Tylko pełen fajerwerków park rozrywki.


Kosztem 42 milionów złotych - oraz nieujawnionych dotąd kwot na łatanie dziur w płycie Rynku (suficie podziemi), walkę z przeciekami, wilgocią i grzybem - powstaje ponoć komercja czystej, nomen omen, wody. Nieznany na razie KTOŚ - prezydent wskaże go do końca czerwca - będzie zarabiał "na Disneylandzie pod Sukiennicami" grube pieniądze.


Jacek Majchrowski zapewnia, że w podziemnym muzeum zwiedzający nie natrafią na szkielet Myszki Miki. Będą mogli natomiast "wykopać" szczątki naszych praprzodków. To jedna z szykowanych w podziemiach atrakcji. Obok kurtyny z pary wodnej, muskanej przez trójwymiarowe obrazy, przez którą będzie się wchodzić do tajemniczego wnętrza. Prof. Płuska zapowiada przełom w polskim (światowym?) muzealnictwie. Miejsce, w którym poczujemy historię wszystkimi zmysłami.


Spekulacje i plotki o "parku rozrywki zamiast muzeum" pojawiły się w połowie maja. Dyrektorzy krakowskich muzeów usłyszeli wówczas, że ich kolega, Michał Niezabitowski, szef Muzeum Historycznego Miasta Krakowa (MHMK), dystansuje się (delikatnie mówiąc) od realizowanej w podziemiach koncepcji i zapewne nie będzie gospodarzem nowej ekspozycji. Zaszokowało ich to - podobnie zresztą jak radnych (którzy dowiedzieli się o tym z "Dziennika Polskiego") - bo przez cztery lata MHMK było przedstawiane jako autor koncepcji wystawy zaakceptowanej przez polskich i zagranicznych ekspertów.


Na realizację projektu MHMK - kupionego przez miasto za 600 tys. zł - wystąpiliśmy o dofinansowanie z Unii Europejskiej. Radni, głosując za wnioskiem do UE, byli pewni, że MHMK bierze odpowiedzialność za podziemne muzeum, co gwarantuje poziom. Oczywiste było również, że MHMK zostanie gospodarzem podziemi.


Bo weźmy na logikę: skoro wystawa pod Rynkiem dotyczyć ma historii Krakowa - to któż, jeśli nie Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, podległe prezydentowi tegoż miasta, może być lepszym opiekunem i zarządcą takiej placówki?


A tu nagle - na niespełna trzy miesiące przed zakończeniem robót - Kraków dowiaduje się z łamów "Dziennika Polskiego", że w ostatnich tygodniach koncepcję MHMK cichaczem porzucono - a przyjęto do realizacji bardziej multimedialną, z którą MHMK się nie utożsamia i za którą nie chce wziąć odpowiedzialności. I prezydent, i dyrektor Niezabitowski zapewniają wprawdzie, że nie ma i nie było między nimi nigdy żadnego sporu, ale przecież FAKTEM jest, że Muzeum Historyczne nie uczestniczy w realizacji projektu i woli się trzymać od niego z dala.


Michał Niezabitowski nie chciał - i nie chce - brać odpowiedzialności za coś, co - w chwili wzburzenia - nazwał "Disneylandem". Chodzi m.in. o mrugających z portretów, jak w "Harrym Potterze", królów Polski, biegające po wirtualnie zabłoconym bruku elektroniczne szczury, zabawy w wykopywanie szkieletów itp. Z kolei autorzy realizowanej koncepcji, z historykiem Mieczysławem Bielawskim na czele, nie kryją niechęci do "tradycyjnie rozumianego muzealnictwa". Przyznają, że "jako zwykli mieszkańcy i lokalni patrioci zbuntowali się przeciwko wizji wystawy złożonej z pokrytych kurzem makiet i gablot, których nikt nie zechce oglądać".


Nawet sporadyczni bywalcy krakowskich muzeów nie rozumieją z tego nic. Bo akurat Michał Niezabitowski (wciąż przed pięćdziesiątką, uchodzi w gronie dyrektorów za młodzieńca) ma w środowisku opinię wizjonera, zwolennika wykorzystania w ekspozycjach nowinek technicznych. Jego nowatorskie pomysły wzbudzają kontrowersje w gronie tradycjonalistów.


Otwarta dwa tygodnie temu wystawa "Kraków - czas okupacji 1939-1945" w Fabryce Schindlera, będącej oddziałem MHMK, nafaszerowana multimediami, składa się z rekonstrukcji i scenografii przypominającej plan filmowy. W miniony poniedziałek, w ramach współorganizowanej przez MHMK akcji KULTURALNY SKEJT 2010 - NA TRAKACH HISTORII, deskorolkarze mogli jeździć m.in. po murach obronnych Krakowa.


Michał Niezabitowski najwyraźniej wie, że do współczesnego odbiorcy, zwłaszcza najmłodszego pokolenia, trzeba przemawiać innym językiem, za pośrednictwem najnowocześniejszych środków. Ale trzeba to robić tak, by elektroniczne narzędzia nie przytłoczyły najważniejszego: faktów, a przede wszystkim - oryginalnych eksponatów. Bo tylko one są niepowtarzalne. One decydują o sile i wartości miejsca.

 

1 2  
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

5

 

 

Komentarze użytkowników (1)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

[email protected] 10:45:52 | 2010-06-30
Uważam, że porównania z Disneylandem są dalece krzywdzące dla Disneylandu, który jest bardzo fajnym miejscem, przyjaznym rodzinom i gwarantującym kilkudniową zabawę na naprawdę wysokim poziomie. Byłem z dzieciakami już 2 razy i na pewno wrócę w najbliższych latach pod Paryż.

Oceń odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook