Kościół w Polsce wg Dudycza

Zdzisław Wojciechowski SJ

(fot. Lawrence OP/flickr.com)

ZOBACZ TAKŻE

Artykuł p. Jarosława Dudycza zamieszczony w lutowym numerze „Przeglądu Powszechnego” wywołał u mnie mieszane uczucia. Najpierw mocnego sprzeciwu,  a potem próby zrozumienia problemu desakralizacji liturgii. Sprzeciw wzbudziła główna teza autora tekstu, ekstremalnie przerysowana, i niewiele mająca wspólnego z tym, co w istocie dzieje się w polskim Kościele. Próba zrozumienia doprowadziła mnie do kilku wniosków, którymi – polemicznie – pragnę się podzielić.

 

Czy Kościół w Polsce jest zagubiony?

 

Przeczytaj tekst Jarosława Dudycza "Destrukcja Liturgii"

 

Na początek krótkie streszczenie. Jaki jest Kościół w Polsce opisany przez Jarosława Dudycza? Tym co najbardziej go wyróżnia jest polskość. Jego etniczność, która całkowicie zawładnęła i podporządkowała sobie wszystko – teologię, katechezę, kaznodziejstwo a nade wszystko liturgię. Polskość wyrugowała jedno z najważniejszych znamion Kościoła – jego katolickość, powszechność. Nie gromadzi on ludzi różniących się etnicznie, polityczne czy kulturowo tylko jednorodną, narodową, ksenofobiczną i antysemicką wspólnotę. Dla ochrony swoich interesów politycznych funkcjonariusze bożka polskości opanowali przede wszystkim liturgię katolickiej Eucharystii, dokonując jej destrukcji. Nie jest już ona przestrzenią obecności i działania Boga, uobecnianiem misterium śmierci i zmartwychwstania Jezusa, nawiązywaniem mistycznej wspólnoty z Nim. W miejsce Ewangelii i nauki Kościoła pojawiła się mitologia, Jezus z prywatnych objawień, Jezus siostry Faustyny, lukrowany Jezus rozmaitych legend i ludowych obsesji. Najważniejszy jest teraz kapłan, kreator, demiurg, który ma władzę dowolnego używania liturgii niczym modeliny do modyfikowania rzeczywistości sakralnej na własną lub najczęściej narodową modłę.

 

Konkluzja młodego księdza z zachodniej Polski, z którą autor się zgodził i na której zbudował cały swój wywód, brzmi wyjątkowo pesymistycznie. „Mało kto odprawia mszę jak Kościół przykazał, większość urządza ideologiczną hucpę. To jest największa tragedia Kościoła w Polsce, że on jest strasznie lokalny, upaprany w lokalne spory, w małe rzeczy, i ten szkodliwy lokalny nacjonalizm wnosi do liturgii. Polski ksiądz po prostu musi kochać Polskę i musi to wyrażać w liturgii. Na inną perspektywę bardzo często nie ma miejsca. Choćby ksiądz był najporządniejszy, miał największą wiedzę i wiarę, choćby chciał dać wiernym porządną liturgię, która by im ukazała Chrystusa, to mu nie pozwolą koncelebransi albo sami wierni czy nawet organista. Zawsze znajdzie się ktoś, kto na mszy albo zaśpiewa „Rotę”, albo wniesie sztandary do kościoła, albo powie, kto jest prawdziwym Polakiem, a kto nie”.

I dalej: tak tragiczny stan rzeczy aprobują biskupi, pasterze Kościołów lokalnych. „Ani razu hierarchowie nie występowali przeciw niemu, nie starali się go rozwiązać, niemal wcale nie dostrzegali”. Podobnie postępuje intelektualna elita Kościoła (profesorowie teologii). Nie potrafili oni merytorycznymi argumentami przeciwstawić się zanegowaniu bóstwa Jezusa Chrystusa przez eks – kapłana i profesora teologii. Nie potrafili też przeciwstawić się negatywnym trendom pojawiającym się w kulturze czy filozofii inicjując nowatorskie projekty teologiczne. W domyśle nie dostrzegają też systematycznego procesu niszczenia sfery sacrum i instrumentalnego wykorzystywania liturgii do celów świeckich, politycznych i jemu się nie przeciwstawiają.

 

Wg autora ten stan „jest już dowodem kompletnego zagubienia Kościoła, zatracenia świadomości wiary, zatracenia tożsamości. Jeśli liturgia ma się kiepsko, trudno, żeby sytuacja pastoralna miała się dobrze. Skoro źródło jest zabrudzone, to i strumienie są niezbyt klarowne, nieczystości rozlewają się na wszystkie sfery kościelnej pracy”.

 

Mam nadzieję, że oddałem dobrze intencje autora i że taki jest właśnie wg Niego Polski Kościół i że tacy są polscy kapłani. Nieliczne wyjątki, które chciałyby inaczej celebrować liturgię nie mają szans. Inni im nie pozwolą. Nie pozwoli im narodowy sznyt Kościoła w Polsce. Sami zaś są na tyle słabi duchowo, moralnie i charakterologicznie, że nie stać ich na odwagę w stylu św. Piotra i innych Apostołów, którzy Sanhedrynowi, najwyższej władzy Żydowskiej powiedzieli: „Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” (Dz 5, 29).

 

Nie znam takiego Kościoła

 

Czy Kościół w Polsce jest taki, jakim opisał go Jarosław Dudycz? Czy rzeczywiście liturgia sprawowana w kościołach w Polsce to „pogański spęd”? Kościoła opisanego przez Jarosława Dudycza po prostu nie ma. Ja takiego Kościoła nie znam. Nie spotkałem takiej „religijności” ani w Warszawie, ani nigdzie indziej. Zapewne nie oznacza to, że nie zdarzają się wyjątki. Pewnie tak, i to jest smutne a nawet naganne. Przykłady, na które powołuje się Autor są, dzięki Bogu, marginalne. Ja zwróciłbym uwagę raczej na problem pomniejszania czy zawłaszczania świętości i boskości sprawowanej liturgii Eucharystii w innej, bardziej powszechnej, formie. Na przykład kiedy wizytującego parafię księdza biskupa wita się lub żegna pompatycznymi przemówieniami w czasie Eucharystii. Albo kiedy liturgia sprawowana jest niechlujnie, pospiesznie i byle jak. Kiedy „zagaduje się” Mszę Świętą długimi i najczęściej zbędnymi komentarzami, kiedy ogłoszenia parafialne trwają 15-20 minut, w czasie których wyczytuje się, ile dana rodzina dała na remont kościoła (lub czytane są zaraz po Modlitwie Powszechnej, bo po Komunii świętej parafianie wychodzą z kościoła). Albo kiedy ksiądz przed ofiarowaniem zdejmuje ornat i zbiera tacę, po czym ubiera się i dalej kontynuuje liturgię. Kiedy Msza święta traktowana jest jako element uroczystości państwowej, na którą przychodzą niewierzący lub walczący z wartościami chrześcijańskimi parlamentarzyści lub urzędnicy (propagujący aborcję, związki homoseksualne itd.); skonfliktowani ze sobą politycy obecni na Eucharystii, czasem prawie siedzący obok siebie, którzy w ramach przekażcie sobie znak pokoju nie widzą siebie, nie czynią kroku ku przebaczeniu, ale za chwilę idą do Komunii świętej; księża, którzy nie przygotowują się do homilii lub popełniają inne grzechy na ambonie.

W „Więzi” z lipca 1997 roku ukazał się artykuł Bożeny Matuszczyk adiunkta Katedry Języka Polskiego na KUL-u pt.: "Siedem grzechów głównych polskiego kaznodziejstwa". Oto one: negatywizm - narzekanie (nastawienie bardziej na tępienie postaw i wartości nie akceptowanych niż prezentacja pożądanych); normatywizm (nadużywanie wyrażeń typu: trzeba, należy, powinien, musieć itd.) albo moralizowanie, w tym lęk przed wolnością a umiłowanie zakazów i nakazów, także administracyjnych); brak odniesienia egzystencjalnego do codzienności; brak konkretnych wskazań i wzorców postępowania; doktrynalizm (kazanie jako teologiczny wykład lub gorzej jako indoktrynacja z pod hasła Bóg i Ojczyzna); niekomunikatywność oraz brak wyraźnie zarysowanego tematu.

 

A brudne obrusy, bielizna kielichowa, kiepski, czasem nawet nie liturgiczny śpiew, sztorcowanie ministrantów, wiernych, ubiór wiernych (czasem taki jak na piknik czy nawet plażę), plaga spóźniania się, itd. Czy takie zachowania nie sprawiają, że liturgia traci blask, nie pociąga ku Bogu, nie uskrzydla, nie tworzy z Nim mistycznej więzi? Czy nie gorszą? Dlaczego Autor tekstu o destrukcji liturgii dostrzegł jedynie tę najbardziej marginalną, a pominął milczeniem te najbardziej powszednie, więc tym groźniejsze jej formy?

 

To właśnie takie „niewinne” zachowania sprawiają, że umniejsza się Boga i Jego świętość. Zamiast otwierać się na Jego Słowo i działanie, zamiast Go adorować i wielbić, dziękować i prosić wkrada się autokreacja, chęć dostosowania Boga do swoich i wiernych potrzeb. Doświadczenie pokazuje, że tam gdzie liturgia jest skracana, odwalana jako kolejny obowiązek urzędnika kościelnego tam zmniejsza się liczba wiernych. I odwrotnie, gdzie jest ona celebrowana z pełnym ceremoniałem, powagą, bez pośpiechu, z dobrym śpiewem, z chwilami ciszy i adoracji tam wiernych przybywa nawet jeśli czasowo jest ona dłużej sprawowana. Wiem to z własnego doświadczenia jako wieloletni duszpasterz akademicki. Wiem to także z rozmów z licznymi osobami, które przyjeżdżają z całej Warszawy i okolic na Eucharystię do Dominikanów na Służewie. Przyjeżdżają, bo tam sprawowana jest ona tak, że staje się prawdziwym spotkaniem z Bogiem.

 

1 2  
Czytaj dalej...

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.09

Liczba głosów:

45

Komentarze użytkowników (35)

Dodaj komentarz
2011-08-14 19:59:36 | Cytuj | Zgłoś
~studencik
Uważam, że Kościół w obecnym kształcie w Polsce, w innych krajach Europy oraz w Ameryce zmierza ku samozagładzie i to w galopującym tempie. I nie chodzi tutaj o niecne czyny niektórych księży i brak dobrego przykładu, bo każdy dorosły i zarazem dojrzały człowiek ma swój rozum i potrafi odróżniać dobro od zła, natomiast młodzi winni mieć za przykład przede wszystkim rodziców, dziadków, może starsze rodzeństwo. Chodzi natomiast o formę w jakiej przekazywana jest nauka Kościoła, w tym forma samej Mszy Świętej, która w obecnym kształcie nie trafia do człowieka!!!!!! Powtarzane co tydzień te same formułki nie zmuszają ludzi do myślenia. Ludzie klepią i klepią wciąż to samo, uciekając gdzieś tam myślami. I wychodzą z tego kościoła tak samo puści jak do niego przyszli. Czasami ktoś się zmusi i wysłucha kazania, które najczęściej też jest usypiające. NIE TĘDY DROGA. Potrzeba więcej zwykłego tekstu mówionego, a nie naukowego, czy wytartych formułek (z całym szacunkiem dla Mszy Świętej). Potrzeba więcej zwykłej rozmowy z ludźmi o tym co dobre, a co złe, o tym co trudne, o tym co w życiu najważniejsze, jak żyć żeby nie krzywdzić innych, jak opierać się łatwym pokusom i złu, jak dawać przykład najbliższym i otoczeniu. O tym trzeba rozmawiać. Ale jak rozmawiać. Otóż zmienić obecną formę, ograniczyć liturgię eucharystyczną do niezbędnego minimum, rozbudować liturgię słowa, wyjść do ludzi, mówić do nich i samemu też się pytać. T0 CO OBECNIE MAMY ODSTRASZA PO PROSTU LUDZI. CZY KSIĘŻA TEGO NIE WIDZĄ????? Bo ja widzę. Widzę zwłaszcza co niedzielę na Mszy Świętej, jak ludzie z wielką niechęcią na wielką siłę wogóle nie myśląc o tym co klepią i gdyby ksiądz sam nie mówił, bądź organista nie śpiewał, to by już wogóle nic nie klepali, tylko by chyba posnęli. CZAS NA ZMIANY I TO WIELKI.
2011-05-22 19:05:43 | Cytuj | Zgłoś
~mc
A Twoja osobista postawa, księże Wojciechowski czy nie przyczyniła się nie tylko do deskakralizacji, ale profanacji Boga w sercach niektórych osób?! I nie byłożadnej skruchy, żadnej prośby o wybaczenie z księdza strony!
Kolejny z gatunku "grobów pobielanych".
2011-04-10 21:18:58 | Cytuj | Zgłoś
~caterina
Dziekuję Ojcu Wojciechowskiemu za świetny mądry komentarz!
2011-03-10 15:54:35 | Cytuj | Zgłoś
~Magda
Apropos otwarcia Kościoła:
mieszkam w Angli, w mojej miescowości jest polska parafia, na liturgię przycholdzą Romowie, Slowacy, Litwini również Anglicy i to nie tylko ze względu na mieszane rodziny. Ci z którymi rozmawiałam czują się częscią i parafi i w pełni uczestniczą w liturgi.
Według mnie artykuł p.Jarosława jest bardzo subiektywny.
2011-03-10 15:24:08 | Cytuj | Zgłoś
~sm:)
Przeczytałam dość wnikliwie tekst Pana Jarosława Dudycza oraz polemiczną odpowiedź Ojca Wojciechowskiego a także pobieżnie parę komentarzy. Zgadzm się z tym, że w niektórych parafiach zdarzją się różne „przerosty” w liturgii. Niemniej, zarówno w artykule Pana Dudycza , jak i w części komentarzy pomiędzy wierszami wyczuwam mocniejszą od troski o „ortodoksję”w liturgii tendencyjną postawę niektórych polskich środowisk , preferujących swoistą koncepcję „ rozdziału Kościoła od państwa”. To koncepcja z mocnym piętnem zamierzchłej epoki, gdzie Kościół chciano zamknąć w zakrystii. Zwolennicy tej koncepcji każdą patriotyczną nutę w Kościele uważają za naruszenie wyznawanej przez siebie zasady. W Kościele nie mogą być nieobecne sprawy Ojczyzny, bowiem tworzą go ludzie, którzą są jej cząstką . Oczywiście ta obecność musi być wg zasad KNS, którą każdy katolik ma obowiązek zgłębiać, nie ograniczając się tylko do treści usłyszanych z ambony. W kontekście prowadzonej polemiki uważam, że ważne jest, aby odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w podjętej dyskusji chodzi nam o troskę o „chwałę Bożą w liturgii”, czy też ta troska to tylko pretekst i narzędzie, aby osiągnąć jakiś „inny”cel. 
Głos Ojca Wojciechowskiego w tej sprawie uważam za trafiony w dziesiątkę. Ojciec ujął problem całościowo, rzeczowo i profesjonalnie, a przede wszystkim osadził go w zdrowej nauce Kościoła, zarówno w odniesieniu do KNS, jak też do formacji duchownych i świeckich. Głos jego uważam za sprawiedliwy i obiektywny – nie oszczędził nikogo – ani świeckich, ani duchownych różnych stopni. Gratuluję!
 
Zobacz wszystkie komentarze na forum

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?