Co począć z krytyką Kościoła?
ks. Artur Stopka
Chyba mamy problem. - Nie wiem, co się dzieje. Krytyka Kościoła zaczyna w Polsce przyjmować takie rozmiary, że to już jest nie do wytrzymania. To zaczyna wyglądać na zmasowany atak, w dodatku prowadzony także od wewnątrz - powiedział mi niedawno zaangażowany katolik, któremu zazwyczaj bliżej do ks. Bonieckiego niż do zwolenników koncepcji "oblężonej twierdzy".
Coś jest na rzeczy. Zjawisko od pewnego czasu systematycznie się nasila. I wcale nie w ostatnich tygodniach. Już w styczniu 2009 roku Miłada Jędrysik napisała w "Gazecie Wyborczej": "Znika niewypowiedziane tabu, które nie pozwalało Kościoła krytykować głośno". Tabu jest łamane coraz skuteczniej. W październiku ubiegłego roku Kazimiera Szczuka w wywiadzie dla "Wprost" ogłaszała coś w rodzaju zwycięstwa: "Teraz ta krytyka przestała brzmieć jak bicie piany, jak temat zastępczy, jak "ujadanie piesków", jak to kiedyś powiedział prymas Glemp, jak jakaś niestosowna mowa po nic. Teraz te głosy zaczęły być chciwie słuchane. Ludzie są tego ciekawi".
"Kościół, który poddaje radykalnej krytyce ten świat, z natury rzeczy prowokuje krytykę" - napisał w roku 1992 ks. Józef Tischner.
Wynika z tego, że krytyka Kościoła nie jest niczym nowym, nadzwyczajnym ani niespodziewanym. Rzec można, jest wręcz naturalną reakcją na to, że Kościół - kontynuując sprecyzowaną już przez Symeona pozycję Jezusa Chrystusa w świecie, swego założyciela - jest znakiem sprzeciwu wobec świata. Kościół, krytykując różne rzeczy na tym świecie, musi się liczyć z faktem, że podejmując się recenzowania innych, sam również ocenie i krytyce podlegać będzie. Nie tylko na zasadzie odpowiedzi. Na zasadzie równego traktowania. Na zasadzie pytania o podstawy prawa do krytycznego traktowania świata. Na tej zasadzie, którą usłyszeli od Jezusa ci, którzy zamierzali ukamienować jawnogrzesznicę: "Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień". Wtedy nikt kamieniem nie rzucił. Wszyscy chyłkiem się rozeszli.
Istnieje również spore prawdopodobieństwo, że siła krytyki kierowanej z zewnątrz pod adresem Kościoła jest w dość ścisły sposób zależna od siły, z jaką Kościół krytykuje świat. Im bardziej Kościół wytyka światu różne błędy i ciemne sprawki, tym mocniej świat wskazuje Kościołowi jego własne niedociągnięcia, błędy, zaniedbania, grzechy. Niejednokrotnie, dla większego efektu, je wyolbrzymi lub podkoloruje. Na prowokację usiłuje odpowiedzieć prowokacją.
Moim zdaniem, prawdziwy problem zacznie się wtedy, gdy Kościół katolicki w Polsce zacznie sobie z tą krytyką nie radzić. Gdy, wpadając w panikę, zacznie się stawiać w pozycji bezradnego chłopca do bicia lub całkowicie się na nią zamknie. Gdy dopuści do tego, aby za krytykę zaczęto uważać również zwykłe krytykanctwo, pozbawione merytorycznych podstaw. A z drugiej strony, gdy realną, rzetelną, merytoryczną krytykę, pocznie automatycznie traktować jak atak na siebie.
Kard. Stanisław Dziwisz w tegorocznym liście na Wielki Post zadał pytania tym, którzy systematycznie krytykują Kościół, zwłaszcza w mediach: "O co często chodzi w krytyce Kościoła? Czy zawsze chodzi o prawdę i dobro? Czy u podstaw krytyki leży nasza niewierność Ewangelii i jej wymaganiom?"
Ks. Tischner pisał, że "bywają puste i bywają sensowne krytyki Kościoła. Sensowna krytyka Kościoła to taka krytyka, która wcześniej czy później musi stać się afirmacją Kościoła - musi przerodzić się w jego obronę. Bronić Kościoła znaczy: pokazywać, czym on naprawdę jest".
Myślę, że postawione przez kard. Dziwisza pytania trzeba sobie zadawać również wtedy, gdy jest się adresatem krytyki. Trzeba badać jej motywy. Po to, aby nie przeoczyć i nie potraktować jak bezpodstawnego ataku krytyki sensownej, ale także po to, aby nie marnować czasu i sił na odpieranie krytyki bezsensownej.
Benedykt XVI w Orędziu na tegoroczny Wielki Post przypomniał m. in. wartość napomnienia braterskiego. Krytyka Kościoła, zarówno ta zewnętrzna jak i wewnętrzna, może takim niezbędnym napomnieniem się okazać. Warto to wziąć pod uwagę, nie zapominając jednak, że nawet ta wewnętrzna może być po prostu wynikiem chęci dokopania komuś w Kościele w następstwie rozczarowania lub zawiedzionych ambicji.
Twoja ocena:
Średnia ocen:
4.38
Liczba głosów:
21
Komentarze użytkowników (29)
Dodaj komentarzGdzie w moich wypowiedziach jest usprawiedliwianie kogoś? Stwierdzanie faktu, to nie usprawiedliwienie. Czy mówiąc, że ogień jest gorący usprawiedliwiam go za to, że spalił dom?
Wydaje mi się, że szukasz ideału, który na tym świecie nigdy nie zaistnieje. Kościół to zawsze będzie wspólnota grzesznych ludzi. Przynajmniej do czasu ponownego przyjścia Chrystusa.
Ale na Boga, nie można sie tym usprawiedliwiać i dalej grzeszyć! Tym bardziej jesli się jest kapłanem i zamiast dawac dobry przykład, sprowadza się powierzonych Wam wiernych na złą drogę. W tym wszystkim widać ogromny brak samokrytyki właśnie, skłonność do usprawiedliwiania się pod byle jakim pretekstem, zupełną beztroskę moralną. Nic dziwnego, że ludzie sumienia są smutni i zatroskani o Kościół tak reprezentowany.
to może ja odpowiem zamiast księdza izaBeli ;)
Wesołość to nie radość, choć może być jej przejawem. Każdy grzech zasmuca, a najbardziej własny. Ale mimo tej naszej grzesznej natury Bóg kocha człowieka i mu to nieustannie okazuje. Czy to niewystarczający powód do radości?
Tak, ale człowiek, w tym również duchowny, nie ma prawa grzeszyć, zuchwale licząc na miłość i wyrozumiałość Bożą. Głupkowate okazywanie radości gdy tyle jest przypadków np. pedofilii nie może być przez nikogo praktykowane. Sam papież, odprawiając nabożeństwo za ofiary tego grzechu, okazuje powagę i smutek. Mamy mądrego Papieża, dlatego wzorujmy się na nim i nie twórzmy z Kościoła towarzystwa wzajemnej adoracji gdzie ręka rękę myje. Co zresztą zdarza się coraz rzadziej. A że komuś jest dobrze, beztrosko, dostatnio i wesoło, no cóż. Niektórym tak jest przez całe życie, choć nie zasłuzyli. Inni cierpią przez całe życie choć nie zasłużyli.






