Spotkałem Boga na szczycie kariery

(fot. Martyna Tola Piotrowska)

Ziściły się nasze marzenia. Nagle pojawiła się pustka, rozpacz i pytanie: "Co dalej?". Jezus przyszedł jak do rybaków i powiedział: "Przestań się tym zajmować. Pójdziesz za Mną".

 

Z Wojciechem Modestem Amaro, znanym restauratorem, szefem kuchni oraz twórcą Atelier Amaro, pierwszej polskiej restauracji z gwiazdką Michelin, po raz pierwszy spotkałam się na kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Miałam przyjemność gościć w pięknym domu restauratora, poznać jego przesympatyczną żonę Agnieszkę oraz dzieci. Uderzyła mnie radość, miłość i jedność, które panują w tej rodzinie. Wszyscy zgodnie przyznają, że podczas tegorocznych świąt najważniejszy w ich domu będzie Pan Bóg. Wcześniej nie zawsze tak było.

 

Katarzyna Olubińska: Jak ty spotkałeś Boga w wielkim mieście?


Wojciech Modest Amaro: Każdy ma swoją drogę. Znam wiele historii spotkania Boga, które miały miejsce przez chorobę, jakieś tragiczne wydarzenie. Inne znowu odbyły się ot tak, po prostu. Ja spotkałem Boga na samym szczycie kariery. Wszystko szło dobrze, kariera toczyła się rewelacyjnie, mam wspaniałą żonę i dzieci. Zbudowaliśmy dom naszych marzeń i ciężką pracą doszliśmy do wielu rzeczy, o które zabiegaliśmy przez długie lata. Można powiedzieć, że ziściły się nasze marzenia. Nagle w tym wszystkim pojawiła się jakaś pustka, krzyk rozpaczy i pytanie: Co dalej? Zastanawialiśmy się z żoną, co miałoby być tym następnym krokiem, celem, motywem działania. Co jest sensem życia? Nie umiałem odpowiedzieć sobie na pytania, co dalej, i jakoś mnie to zaczęło napawać lękiem. Zwróciłem się po odpowiedź do Boga i ta odpowiedź przyszła.

 

Bóg, z którym jeżdżę tramwajem >>


Mówisz, że w twoim życiu pojawiła się pustka. Na czym to dokładnie polegało? Mieliście przecież wszystko: pieniądze, sukces, sławę, jedną z najlepszych restauracji na świecie. Można powiedzieć, że świat leżał u waszych stóp. Dlaczego to nie dawało szczęścia?


Ta pustka polegała na tym, że w życiu, które powinno być zbudowane na systemie wartości, ta najważniejsza wartość, czyli życie z Panem Bogiem, gdzieś nam się zagubiła. Bóg był przekładany w tej drabince na jakiś niższy szczebel. Mówię tu o pierwszym przykazaniu, żeby to Bóg był zawsze na pierwszym miejscu. Zaprzyjaźniony ksiądz twierdzi, że to, co nam się przydarzyło, to nie tyle nawrócenie, co opamiętanie. Opamiętałem się, jak tak naprawdę powinna wyglądać ta hierarchia ważności. Myślę, że wszyscy jesteśmy wyposażeni w sumienie, w duchowość, w jakiś wewnętrzny głos. Coś w duszy mi mówiło, że w tym samym samozadowoleniu i w tym wielkim sukcesie brakowało tego wypełnienia. Ciągle coś było nie tak. Wtedy, mówiąc najkrócej, Pan Jezus przyszedł do mnie.


Ale jak to - "Pan Jezus przyszedł"? Jak we śnie?


Przypomniał o sobie w najpiękniejszy sposób. Przyszedł jak do rybaków i powiedział: "Przestań się już tym zajmować. Pójdziesz za Mną". Przyszedł do mnie i mówił poprzez ludzi, poprzez zdarzenia, poprzez Pismo Święte i tak bezpośrednio również do mojego serca. To był najpiękniejszy głos i najpiękniejsze powołanie w moim życiu, więc za Nim poszedłem. Wielu ludzi nie może w to uwierzyć, ale tak właśnie było. Nie było we mnie wahania. Wiedziałem, że to jest ten brakujący element. Wszystko inne już przecież wcześniej miałem i nie było tej pełni.

 

Wojciech Modest Amaro: Czułem pustkę. Jezus pochylił się nade mną >>


Jakie zmiany spowodowało w twoim życiu to spotkanie Boga?


Zrezygnowałem z jednego programu telewizyjnego, bo stał on w sprzeczności z moim sumieniem. Teraz przygotowuję się do rzeczy o dużo większym znaczeniu, które będę musiał wykonywać. Będę musiał - celowo używam tego sformułowania, ponieważ chcę świadczyć nie tylko słowami, ale też tym, jak żyję. Chcę przekuć to, co poczułem, w działanie. Chciałbym, żeby to, nad czym razem z żoną pracuję, było inspiracją i pomocą dla innych ludzi.


Czym się będziesz teraz zajmował?


Powołuję do życia fundację. Bóg w każdym z nas złożył dary. Wielu młodych ludzi przez różne sytuacje i zakręty życiowe nie jest w stanie rozwinąć swojego talentu i zrealizować swojego powołania. Wtedy łatwo oceniamy i przyklejamy łatki, że ktoś jest na przykład nieukiem. Ta fundacja będzie pomagała rozwinąć talenty młodym ludziom. Chciałbym w taki sposób pomagać. Myślę, że przez wiele lat ciężkiej pracy udało mi się zbudować własną malutką markę jednej restauracji.


Kuszących propozycji przez lata było wiele i tego cielca mogłem tu już utuczyć gigantycznego i iść tylko w stronę pomnażania, co byłoby dla mnie niezrozumiałe, jeśli nie przyniosłoby nic oprócz posiadania kolejnego zera na koncie. Chcę zakasać rękawy i teraz pomagać innym ludziom. Myślę, że to będzie rozsądne, mądre, w zgodzie z moją naturą. To, w czym się czuję mocny, będę przekazywał innym.

 

(fot. Martyna Tola Piotrowska)


Ty sam wiesz, ile kosztuje sukces. Czy to pomaganie młodym, zdolnym ludziom jest rodzajem spłacenia długu wdzięczności?


Kiedy wstępuje się na tę drogę i mówi się Panu Jezusowi: "Tak, prowadź mnie przez życie", to wszystkie sprawy stają się temu podporządkowane i paradoksalnie nagle to wszystko, na co wcześniej nie umiało się znaleźć czasu, jest poukładane. To dotyczy rodziny, ilości czasu z nią spędzanego, dotyczy wielu aktywności i spraw, których ze względu na pęd życia zawodowego z automatu w ogóle nie wrzucało się na swoją listę, bo nie było szansy, żeby pojawił się na nie czas. Nagle na wszystko znajduje się czas, siły, motywacje, znajduje się ludzi, z którymi będzie się coś robiło, bo Pan Jezus stawia na drodze takich ludzi, z którymi można to wszystko robić. Wtedy naprawdę buduje się coś wartościowego i ma się przy tym satysfakcję.


Fundacja to nie jedyna zmiana w twoim życiu. Dotychczas karmiłeś sławnych i bogatych. Teraz będziesz karmił bezdomnych...


Cały czas w mijającym roku przewijał się temat miłosierdzia, o którym tak często mówił papież Franciszek, i należało sobie zadać pytanie, czym to miłosierdzie jest. Wszyscy znamy formułki. Kiedy przyjmujemy Jezusa do życia, On tłumaczy te formułki, które spływają po nas, kiedy chodzimy do kościoła. Takie hasła jak: "Przyjmijcie Jezusa i Jego światło", "Działajcie" nagle zaczynają coś znaczyć.

 

Można wiele rzeczy powiedzieć i obiecać na pokaz, ale dopiero w takiej szczerej rozmowie z Bogiem i z samym sobą wiadomo, gdzie jest ta prawda. Ja bardzo często, kiedy rozmawiam z młodymi ludźmi, którzy są poblokowani i wyznają ten światopogląd mówiący o jakiejś pseudotolerancji, systemie wartości, obciążaniu kogoś innego, rozgrzeszaniu się ze wszystkiego, co robimy, znajdowaniu winnego, to mówię: "I tak staniesz kiedyś przed Bogiem, On wszystko wie". Przed Bogiem staniemy w nagiej prawdzie, jacy byliśmy. To dotarcie do siebie i stanięcie w prawdzie to też podziękowanie za wszystkie złe wydarzenia. My często wściekamy się, kiedy nam coś nie wyjdzie, bo chcemy wszystko po swojemu, tu i teraz, a czasem kiedy coś nie wychodzi, to dlatego że Bóg ma dla nas coś lepszego.


Miałeś kiedyś taką sytuację, że sprawa, która poszła nie po twojej myśli, obróciła się na twoją korzyść?


Miałem marzenie o pewnym adresie dla mojego Atelier i naprawdę marzyłem, że on będzie mój. Osiem miesięcy później powinienem iść na Jasną Górę dziękować, że nie wziąłem tego adresu, bo rzeczy, które się tam wydarzyły - problemy prawne z dostawą prądu i niejasności związane z lokalem - nie pozwoliłyby mi się tak rozwinąć. Więc czasami po prostu jest w nas mało zaufania, mało wiary w Jego prowadzenie.


Jak bym chciała taką wiarę mieć. Ale jak usłyszeć głos Boga i jak odróżnić ten głos od innych głosów, na przykład od intuicji?


Wystarczy uchylić serce. Są dwa aspekty. Pierwszy aspekt to ta nasza religijność. Podam ciekawy przykład z Medjugorie, gdzie jest ośrodek dla młodzieży uzależnionej. Kiedy dołącza do nich kolejny młody człowiek po przejściach i mówi: "Jak ja się mam modlić, skoro nie wierzę w Boga?", oni mu odpowiadają: "Ty nie musisz wierzyć. My za ciebie będziemy wierzyć, a Ty się tylko módl". Wchodź w to i zobaczysz, jak Pan Bóg zacznie wchodzić w twoje życie. Nie mam złotej recepty. Wiem, że to naprawdę pochodzi z takiej miłości, którą musimy znaleźć w sobie i w swoim sercu i otworzyć drzwi, a wtedy nie będziemy już mieli na to wpływu. Będziemy podążać za tym głosem.


Czy to, że poszedłeś za tym głosem, zmieniło też twoje relacje, miłość do żony na przykład?


Jeśli porównamy miłość do strumienia światła i moja kochana żona to jest ten strumień światła, ale idziemy jeszcze dalej, to dostrzeżemy Pana Boga i zobaczymy ten potężny słup światła, którym jest miłość Boga. Kiedy te dwie rzeczy się połączą, to odpowiedź naturalnie nasunie się sama, jaka jest moc tego wszystkiego. Ona jest zwielokrotniona do nieskończoności.


Dużo się stało w twoim życiu. Jak ludzie reagują, kiedy mówisz tak otwarcie o Bogu?


Żyjemy w takich czasach, gdzie wszystko jest komentowane. Na pewno jest potrzeba dawania świadectwa i mówienia o tym. Ewangelia mówi wprost, że jeśli nie wyprzesz się Mnie przed ludźmi, ja nie wyprę się ciebie przed Ojcem. Zupełnie się nie boję, czy ktoś będzie miał takie, czy inne zdanie. W wierze chodzi o to, żeby swoim świadectwem też kogoś uratować, nawrócić, komuś pokazać drogę życia i jeśliby się okazało, że dzięki mojemu świadectwu tylko jedna osoba się nawróci, warto zawalczyć o tę jedną osobę.


A ty sam czujesz się uratowany przez Boga? Zmieniłeś się jako człowiek?


Na pewno się zmieniłem. To nie podlega dyskusji. To wszystko, co dziś wewnętrznie czuję, co widzę naprawdę, a co kiedyś było materią przemijającą gdzieś obok mnie, to jest jak dostać nowe życie. Być może jest nawet wiele osób, które sobie nie zdają sprawy, że życie z Nim to jest taka różnica. Pan Jezus mówi: "Przychodzę rzucić ogień na ziemię". Więc nie będzie wszystkich głaskał, ale czeka, żeby przyjąć Jego naukę, stanąć w prawdzie i zacząć żyć swoim życiem. To będzie też bolesne.

 

Trzeba stanąć w prawdzie z porażkami. Czasami trzeba przeprosić. Trzeba znaleźć w tym wszystkim głębszy sens. Ja do końca nie wiem, jak to wszystko się potoczy, ale nie boję się już tego. Mam dzieci, które żyją w takim, a nie innym świecie, które być może przez to, że żyją z Panem Bogiem, będą miały problemy, ale my już wiemy jako rodzina, że ta relacja z Panem Bogiem pozwoli nam przetrwać najcięższe próby i chwile, więc nie pozostaje nic innego, jak przyjąć to, co dla nas przygotował.


A jak się będzie nazywała ta fundacja, nad którą pracujesz?


Będzie się nazywała "Nowe życie".


Dziękuję za rozmowę.

 

Fragment rozmowy pochodzi z książki "Bóg w wielkim mieście"

 

Katarzyna Olubińska - dziennikarka "Dzień dobry TVN", autorka cyklu "Kobieta w religiach świata" oraz bloga i książki "Bóg w wielkim mieście". Wpis ukazał się pierwotnie na blogu Bóg w wielkim mieście

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.7

Liczba głosów:

27

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Google
Zaloguj przez Facebook