Weekendowy przegląd filmowy

mat. prasowe / drr

Kadr z filmu "Żelazna dama"

ZOBACZ TAKŻE

Bez dwóch zdań przebogaty tydzień w kinach. Trzy oscarowe produkcje, które trzeba zobaczyć. Dwie propozycje dla zakochanych, kino artystyczne, kino polskie i horror. A na deser "Gwiezdne wojny" w 3D. Uff...

 

Zobacz kinowe propozycje sprzed tygodnia

 

Żelazna dama
 

"Żelazna Dama" to jeden z najbardziej oczekiwanych filmów ostatnich miesięcy i, bez wątpienia, jeden z najlepszych. Największa w tym zasługa genialnej, nie bójmy się tego słowa, Meryl Streep, która Margaret Thatcher zagrała fenomenalnie.
 

Margaret Thatcher mawiała, że "jeśli chcesz, by coś zostało powiedziane, powierz to mężczyźnie. Jeśli chcesz, by zostało to zrobione, powierz to kobiecie". Ten cytat jak ulał pasuje do Meryl Streep. Jeśli chcesz, by coś zostało zagrane…


Jaka była Thatcher? Twórcy filmu tak ją scharakteryzowali: "miała piskliwy głos, własny pogląd na każdy temat i niezwykły tupet. Zanim stała się jedną z najbardziej wpływowych postaci współczesnego świata, jej kapelusz i nieodłączne perły budziły pobłażliwy uśmiech". Nie zmienia to jednak faktu, że była najdłużej urzędującym brytyjskim premierem w XX wieku (rządziła od 1979 do 1990 roku) i jednym z najważniejszych polityków świata tamtego czasu.
 

Była też Thatcher politykiem niezwykle kontrowersyjnym. To ona rozprawiła się ze silnymi związkami zawodowymi i strajkami w kopalniach, ona rządziła, gdy w Wielkiej Brytanii wybuchały bomby IRA, a gospodarka ledwo przędła. Ona w końcu postawiła na swoim i wysłała brytyjskie wojska, by odbiły Falklandy. Otoczona mężczyznami, musiała być twarda, zdecydowana i bezkompromisowa.
 

Wszystko to miało jednak swoją cenę. Pod koniec swoich rządów stała się apodyktyczna i nieskora do współpracy nawet z najbliższym otoczeniem. Wybierając politykę, zaniedbała rodzinę - męża i dzieci, co miało później swoje poważne konsekwencje.
 

Widać wyraźnie, że twórcy filmu próbowali ocieplić nieco wizerunek byłej premier. Temu miał służyć sposób narracji, który pokazuje współczesną Thatcher, starą, samotną, schorowaną, z początkami choroby alzheimera. Nadzwyczaj prosty to zabieg, by wymusić na widzach współczucie, ale trzeba przyznać, że zrobiony z taktem i klasą (choć innego zdania była rodzina pani premier). Współczesna perspektywa jest jednak tylko ramą dla całej fabuły, której najważniejszym elementem jest rekonstrukcja niezwykłej, politycznej drogi jedynej kobiety w męskim konserwatywnym stadzie.

 

 

Artysta
 

To kolejny w tym tygodniu film, który trzeba zobaczyć. Nie tylko dlatego, że film francuskiego reżysera Michela Hazanaviciusa otrzymał w tym roku aż 10 nominacji do Oscarów.
 

"Namiętny romans i sentymentalna podróż do złotego okresu kina" - tak historię opowiedzianą w "Artyście" przedstawia polski dystrybutor.
 

Głównego bohatera "Artysty", gwiazdora niemego kina George'a Valentina, zagrał francuski aktor Jean Dujardin, któremu za tę kreację amerykańska Akademia Filmowa przyznała nominację do Oscara w kategorii główna rola męska.
 

Valentin obawia się, że pojawienie się dźwięku w filmie, może oznaczać koniec jego własnej kariery aktorskiej. Do walki o pozycję w świecie kina i sympatię dawnej publiczności zainspiruje George'a m.in. uczucie do początkującej tancerki Peppy Miller.
 

Co jest niezwykłego w "Artyście". Przede wszystkim to, że daleko wykracza on poza sztuczne ramy stylizacji.
 

Film został nakręcony na czarno-białej taśmie, nie ma w nim dialogów (poza tabliczkami z napisami), efektów dźwiękowych poza muzyką, która wypełnia niemal każdą sekundę filmu (tak jakby grał ją na żywo w sali kinowej taper).
 

"Artysta" nie tyle opowiada o niemym kinie, co jest tym niemym kinem. Od scenariusza do sztucznej nadekspresji w grze aktorów, tak typowej i koniecznej w erze kina niemego.
 

Ale "Artysta" - co ciekawe to francusko-belgijska, nie amerykańska produkcja - to nie tylko zabawa z formą i ukłon w stronę kina niemego. To także uniwersalna i bardzo aktualna w dzisiejszych czasch opowieść o miłości i o byciu wiernym własnym poglądam. O niepoddawaniu się trendom, nawet wtedy, gdy trzeba za to płacić ogromną cenę.

 

 

Hugo i jego wynalazek

 

11 nominacji do Oscarów, reżyseria: Martin Scorsese, technologia 3D - aż trudno uwierzyć, że mamy do czynienia z filmem familijnym, zrobiony na podstawie powieście dla dzieci. Nie do tego w ostatnich latach przyzwyczaiło nas Hollywood. Ale od początku...

 

"Hugo i jego wynalazek" to opowieść o przygodach pomysłowego chłopca, który pragnie rozwikłać zagadkę przekazaną mu przez ojca. Bohater to sierota, mieszkający w korytarzach ukrytych w murach paryskiego dworca, gdzie jego życie zależy od zachowania anonimowości. Kiedy jednak jego losy zazębiają się z życiem pewnej dziewczynki, kochającej książki oraz starca, prowadzącego na dworcu sklepik z zabawkami, jego podziemne życie zostanie zagrożone. Tajemniczy rysunek, notes, skradziony klucz, mechaniczny człowiek i ukryta wiadomość od nieżyjącego ojca Hugona to elementy tworzące szkielet tej historii.
 

Podobnie jak "Artysta" tak i "Hugo" to czarujący hołd złożony kinu. Hołd nie byle jaki, bo przygotowany przez jednego z najważniejszych reżyserów i twórców dziesiątej muzy.
 

Film skomponowany z taką czułością i dbałością o każdy detal, że rację będą mieli ci, którzy powiedzą, że "Hugo" to przeniesiona na ekran po latach wyobraźnia 12-letniego Martina Scorsese.
 

Nie ma nic w tym złego. Opowieść jest mądra, wzruszająca i pouczająca (nawet bardziej dla dorosłych niż dla dzieci), a filmowy świat piękny. Warto obejrzeć z pociechami lub bez.

 

 

Gwiezdne wojny: część I - Mroczne widmo 3D
 

Na ekrany kin powraca pierwsza część drugiej odsłony "Gwiezdnych wojen" - serii trzech filmów będących prequelem klasycznej trylogii Lucasa, czyli części IV, V i VI, które swoje premiery miały odpowiednio w 1977, 1980 i 1983 roku.
 

W opinii wielu film zdecydowanie słabszy, w którym Lucas dał się ponieść możliwościom, jakie zaoferowało mu kino u progu XXI wieku (przypomnijmy, że "Mroczne widmo" , "Atak klonów" i "Zemsta Sithów", choć pierwsze w chronologicznym porządku filmowych wydarzeń, zostały nakręcone znacznie później. Swoje premiery miały w 1999, 2002 i 2005 roku). Ale czy to odstraszy fanów "Gwiezdnych wojen"? Szczerze wątpię.
 

George Lucas nie pierwszy raz udowadnia, że jest równie dobrym biznesmenem jak filmowcem. "Gwiezdne wojny" to nie tylko tytuł serii filmów, ale potężne przedsiębiorstwo, generujące każdego roku milionowe przychody. Trudno się więc dziwić, że w dobie kina 3D jesteśmy i będziemy świadkami "premier" kolejnych części dobrze znanej nam serii.
 

Nie ma jednak co narzekać. Fani będą zachwyceni, a ci, którzy jeszcze "Gwiezdnych wojen" nie widzieli, mają naprawdę świetną okazję, by w końcu to zrobić.

 

1 2  
Czytaj dalej...

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.8

Liczba głosów:

15

Komentarze użytkowników (1)

Dodaj komentarz
2012-02-11 20:46:15 | Cytuj | Zgłoś
~OT CO
Podobnie jak "Artysta" tak i "Hugo" to czarujący hołd złożony kinu. Hołd nie byle jaki, bo przygotowany przez jednego z najważniejszych reżyserów i twórców dziesiątej muzy.
Zobacz wszystkie komentarze na forum

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?