Kim jesteś, kiedy nie istniejesz?

Życie Duchowe Tomasz Merton / slo

Kim jesteś, kiedy nie istniejesz? Czy jest to absurdalne pytanie?
(fot. by jurek d. / flickr.com)

ZOBACZ TAKŻE

Czy jest to absurdalne pytanie? Wręcz przeciwnie, jest ono, jak sądzę, najatrakcyjniejsze i najbardziej fascynujące z powodu niejasnej obietnicy, którą zawiera, oraz ponieważ odpowiedź na nie nigdy nie może być pojęta przez umysł. Jest to pytanie, w które trzeba zanurzyć się zupełnie, zanim nabierze ono sensu – a to oznacza zanurzenie się, w pewien sposób, w nicość.

 

Akceptacja śmierci

 

Zmiana w mym wewnętrznym klimacie: nadeszła jesień, jestem wciąż zbyt młody, by myśleć o „wieku podeszłym”. Rzeczywiście te lata, w czasie których zbliżasz się do pięćdziesiątki oraz do przekroczenia owej bariery, mają być, jak się sądzi, najlepszymi latami. I myślę, że to jest prawda. Nie twierdzę, że dla mnie były one najłatwiejsze. Zmiana, która się sama dokonuje we mnie, ujawnia się na powierzchni mej psychiki w formie głębokich wstrząsów niecierpliwości, niechęci, rozgoryczenia.

 

A jednak jestem osobą pogodną, lubię życie i naprawdę nie mam na co narzekać. Lecz nagle przychodzi ten przypływ niespodziewanego chłodu z głębi: i wdycham zimne powietrze mroku, poczucie pustki! Bez trudu rozpoznaję to i nie martwię się tym wcale. Mówię do swojego ciała: „Dobra, więc umieraj, ty głupcze”. Ale to nie o to chodzi. To tylko moja niecierpliwość myśli o tym w kategoriach śmierci. Moja niecierpliwość z powodu kolejnych stopni oraz stopniowości, oraz z powodu upływu czasu. Moje ciało nie wysyła sygnałów alarmowych czy sygnałów śmierci, ono tylko mówi: „Dla odmiany, idźmy trochę wolniej”.

 

Nie jest wyłącznie „ciałem” to, co przemawia. Skąd pochodzi ta naga i zimna ciemność? Czy przychodzi ona ze mnie lub czy jest chwilowym zdemaskowaniem mego ja? Kim jest ten, który doświadcza tego nagłego chłodu? Co to oznacza? Kiedy zwracam się ku niemu, czuję, że ten chłód oraz lęk ma jakąś ważną wiadomość do przekazania. Jeśli odchodzę od niego i mówię „to nic nie jest”, wówczas następnym razem powraca on z większym impetem. Lecz jeśli go nie unikam, jeśli przyjmuję go takim jaki jest, odkrywam, że w końcu jest niczym. Czym jest owo „nic”, które, kiedy od niego uciekam, staje się gigantem, a kiedy przyjmuję je, jest niczym?
Myślę, że trzeba byłoby powiedzieć, iż jest to „nic” pozytywne, jakaś niespełniona możliwość – prawie niewyczerpana możliwość. Przerażająca w tym sensie, że jest to możliwość, która zawiera postulat mego własnego nieistnienia.


W ten sposób, jeśli nadać temu formę pytania, przychodzi ono jako: Kim jesteś, kiedy nie istniejesz? Czy jest to absurdalne pytanie? Wręcz przeciwnie, jest ono, jak sądzę, najatrakcyjniejsze i najbardziej fascynujące z powodu niejasnej obietnicy, którą zawiera, oraz ponieważ odpowiedź na nie nigdy nie może być pojęta przez umysł. Jest to pytanie, w które trzeba zanurzyć się zupełnie, zanim nabierze ono sensu – a to oznacza zanurzenie się, w pewien sposób, w nicość.


Kiedy owo pytanie jawi się jako obcy chłód, przekazuje coś ważnego: jest oskarżeniem. Mówi mi, że zbyt przejmuję się trywialnymi sprawami. Że moje życie gubi się w drobiazgowości, która nie może wytrzymać konfrontacji ze śmiercią. Że unikam swej głównej odpowiedzialności. Że muszę wyjść naprzeciw najważniejszej decyzji – „odpowiedzi, którą mam dać śmierci – akceptacji wyroku śmierci – co więcej, wyrażonej z radością, z powodu zwycięstwa Chrystusa [...].

 

Akceptacja życia

 

Ogromne poczucie desperacji obejmuje całe społeczeństwo, razem z jego bombami, jego pieniędzmi oraz instynktem śmierci! Jesteśmy schwytani w dwuznaczności kolosalnego poczucia klęski dokładnie w momencie najbardziej fenomenalnego sukcesu. Mamy wszystko, czego, jak twierdziliśmy, było nam potrzeba, a jednak jesteśmy bardziej niezadowoleni niż kiedykolwiek. Ludzie zżerają się od wewnątrz z furią i z nienawiścią do samych siebie, dokładnie wtedy, gdy mają pieniądze, wszelką swobodę i jak się zdaje, wszelkie możliwości, by naprawdę żyć. Odkrywają, że w rzeczywistości ten rodzaj życia, o którym wszyscy marzą, jest niemożliwy. Nie potrafią przyjąć tej swobody. Nie umieją poradzić sobie z prosperitą. Myślę, że bylibyśmy szczęśliwsi, przeżywając prawdziwy kryzys, a nie serię wyimaginowanych kryzysów, z którymi nie potrafimy żyć. Być może nasze podświadome poczucie nierzeczywistości w końcu doprowadzi nas do prawdziwego kataklizmu, po prostu by ulżyć nam przez usunięcie fikcyjnych i wyimaginowanych problemów [...].


„Próby dostosowania się” ciągną za sobą całą galaktykę iluzji. Po pierwsze, bardzo poważnie przyjmujesz siebie jako indywiduum, autonomiczne ja, mały odizolowany świat pewnej rzeczywistości, coś całkowicie określonego, coś ustanowionego samo przez się: podmiot myślący. (Kiedy próbujesz odkryć, co jest rzeczywistością tego podmiotu, nie możesz znaleźć żadnej odpowiedzi. Ale sądzisz, że jego prawdziwość jest udowodniona. Zostało to ustalone przez Kartezjusza: „Myślę, więc jestem”) [...].

 

Przekonanie, że moje powierzchowne ja – ten skurcz wyobraźni – jest prawdziwym ja, jest początkiem znieważania siebie samego oraz rzeczywistości. Wówczas pozostaje wybór między usłużnym dostosowaniem się, które poddaje się faktom i manipuluje mym ego, by uniknąć obalenia przez fakty, oraz postawą buntu, która odmawia przyjęcia faktów i usiłuje z nich szydzić znowu po to, by utrzymać obraz ego.
„Dostosowanie” staje się ciągłą grą między „tak” a „nie”, zorganizowanym systemem dwuznaczności, krążących wokół centralnej dwuznaczności – względnego i przypadkowego obrazu ego usiłującego ustanowić samego siebie jako absolut. I to, co najpierw nazwaliśmy absolutnym „tak”, staje się nieugiętym i nieubłaganym „nie”. Ale nasze życie trwa dalej jako coraz rozpaczliwsza walka o utrzymanie się w centrum uwagi, jako afirmacja, nie jako negacja.

1 2  
Czytaj dalej...

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

11

Komentarze użytkowników (6)

Dodaj komentarz
2011-03-15 11:47:56 | Cytuj | Zgłoś
~R
A tu do roboty i tak trzeba iść. Merton zdaje się nie musiał. Musiał się potwornie nudzić.
2011-03-15 11:42:17 | Cytuj | Zgłoś
~tomasz
 Ale „poza” Chrystusem (to jest w fikcji, w której tworzymy odmowę akceptacji) wszystko staje się otchłanią i nie ma nawet owej cienkiej liny, po której można by przejść na drugą stronę otchłani.

CZYLI ... to co poza Chrystusem w nas jest, to OGROOOMNE nic ? hi hi. przybij piątkę!
2011-03-15 03:08:55 | Cytuj | Zgłoś
~gość
Miłość to drugi człowiek. Miłość Boga jest abstraktem, jeśli nie fikcją.
2011-03-15 02:48:33 | Cytuj | Zgłoś
~Jola
Do Paulusa
Jesli nie masz milosci w sobie, to jej nie ma dla Ciebie, bo nie wiesz co to jest milosc.
Bo milosc to nie zona, ktora ulatwia zycie i zaspokaja potrzeby mezczyzny; milosc to nie zdrowie, ktore sie traci; milosc to nie akceptacja siebie i otoczenia; wreszcie milosc nie jest pragnieniem tego, o czym piszesz i czego pragniesz.
Dlatego tak trudno Ci rozpoznac i pojac milosc, ktora cala sie nam daje za darmo!
Wbrew Twojemu odczuciom i niespelnieniu, milosci jest jej pelno wokol Ciebie.
Problem jest w Tobie, bo jej nie widzisz!
2011-03-14 23:31:32 | Cytuj | Zgłoś
~Paulus
Czy akceptuję siebie a Jahwe mnie akceptuje ?? Czemu zsyła na mnie zarazy choroby??
Tu piszecie - http://www.czechowice.deon.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=260:akceptujesz-siebie-czy-nie&catid=46:psychologia&Itemid=112
czemu biede klepie nie mam zony bom chory a moze dlatego ze nie mam pieniedzy - taka o to wasza przewrotnosc a co sie stało z miłością ? Chyba umarła albo jej nigdy nie było .......
Paulus
Zobacz wszystkie komentarze na forum

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?