Uczucie o wielu obliczach
Nie wiem, co mam począć z tym twoim milczeniem. Nie umiem czytać w myślach.
(fot. anna_gay)
To, w jaki sposób radzimy sobie z uczuciami gniewu i złości, ma decydujące znaczenie dla siły naszego związku i jego szans na przetrwanie. Liczni specjaliści zgodni są co do tego, że w tej sferze należy szukać głównej przyczyny rozpadu związków: partnerzy po prostu nie umieją obchodzić się ze złością, jaką wobec siebie wzajemnie czują.
Nadużywanie gniewu i bezradność odczuwającego go człowieka urastają dziś do rangi wielkiego problemu społecznego; małżonkowie obrażają się słownie i czynnie, agresywnie ranione są dzieci. Jakość życia człowieka zależy w wielkim stopniu od tego, co dzieje się z nim w środku; nie można osiągnąć wewnętrznego spokoju ani spełnienia, dopóki nie okiełzna się i nie opanuje tej potężnej emocji.
Co to takiego gniew? Można go zdefiniować jako nagłe, żywe niezadowolenie, wywołane rzeczywistą lub domniemaną krzywdą albo niesprawiedliwością; towarzyszy mu zwykle pragnienie wymierzenia kary. Wraz ze swymi pochodnymi, jak oburzenie, frustracja, wściekłość, rozdrażnienie, zniecierpliwienie, szał, pragnienie zemsty, gniew zaciemnia umysł i przeszkadza w osobistym rozwoju. W związkach, a szczególnie w małżeństwie, gniew, jeśli nie jest kontrolowany i rozumnie rozładowywany, może wywołać katastrofę. Stanowi on główną przeszkodę w interakcji między ludźmi.
A. pewnego wieczoru wypadła z domu, zabierając dwójkę swoich dzieci, zdecydowana nie wracać do męża. Co mogło doprowadzić do tak drastycznego kroku? „Skończyłam z nim. Jestem wściekła. Nie chcę go już nigdy więcej widzieć!" - plotła gorączkowo. W drodze do sąsiedniego miasta, gdzie mieszkali jej rodzice, obliczała, że jeśli przyjmą ją z dziećmi na jakieś trzy miesiące, zaoszczędzi dość pieniędzy, żeby zdobyć własne mieszkanie. Uśmiechała się nerwowo, myśląc o swych perspektywach, i szeptała: „Nareszcie wolna".
A. i P. byli małżeństwem od jedenastu lat. Kiedy się pobierali, postanowili nie mieć dzieci, pragnęli jednak stale bliskości i seksu i w ciągu paru lat, nie planując tego i właściwie nie chcąc, mieli już trójkę maluchów. Oboje ciężko pracowali, starając się zabezpieczyć rodzinie byt materialny; doszli nawet do posiadania wygodnego domu. Jednak w chwilach fizycznej bliskości działo się z nimi coś niedobrego. Dzielące ich różnice, które w ciągu dwóch lat narzeczeństwa wydawały się nieistotne, a nawet pociągające, zaczęły teraz prowadzić do nieporozumień i sporów. W ich rozmowach wciąż przewijały się uwagi w rodzaju: „śmieszna jesteś", „chodźże tutaj, a nie zgrywaj męczennika", kształtujące ich codzienną interakcję.
A. mówiła na przykład: „Musimy w tym tygodniu odwiedzić rodziców. Mama chciałaby częściej widywać wnuki".
Na co mąż: „Słuchaj, czego ty chcesz ode mnie? Mam pełno spraw na głowie! Nie mogę rzucić wszystkiego i lecieć za każdym razem, kiedy twoja matka sobie tego życzy".
„W takim razie nie przejmuj się tym, kochanie. Pomyśl sobie, że nic nie mówiłam i nie wracajmy do tego. Tak będzie dobrze?"
„Skaranie boskie z tobą".
„A ja to mam z tobą raj, chłopie?"
Czasem kłócili się bardziej bezpośrednio i bezwzględnie, używając innych jeszcze, nie mniej dotkliwych form ekspresji gniewu, co tym bardziej oddalało ich od siebie. Oboje czuli się oszukani; małżeństwo nie dawało im tego, czego oczekiwali. Zaczęli sypiać w oddzielnych pokojach. Zaprzestali stosunków seksualnych, a ponieważ każda rozmowa nieuchronnie prowadziła do poważnej kłótni, zrezygnowali w ogóle z okazywania sobie czułości. A. sprawiało pewną ulgę, kiedy zwierzała się ze swych małżeńskich niepowodzeń koledze - człowiekowi, który zostawił żonę z dwojgiem dzieci i mieszkał z przyjacielem. Nieszczęście zbliża ludzi, A. ze swym nowo zdobytym powiernikiem z łatwością znaj do wała wspólny język i pocieszali się nawzajem, jak mogli. W duszy A. lęgły się wtedy nie wypowiedziane myśli: „Czemu nie spotkałam cię wcześniej? Jesteś taki miły! Jaka szkoda, że nie mogę być z tobą!", a to pogłębiało przepaść między nią a mężem. Uznała w końcu, że nie kocha już P.a i postanowiła się rozwieść. P., w obliczu tak wyraźnych oznak kryzysu, także doszedł do wniosku, że ich małżeństwo było wielką pomyłką.
Twoja ocena:
Średnia ocen:
4.79
Liczba głosów:
14
Logowanie
Niektórzy to mają zawsze...
Małe - mniejsze -...
21.05.2012 14:43
1
5
Małe - mniejsze -...
20.05.2012 23:06
1
4.7
Kosaciec
Wiosna
19.05.2012 21:53
3
4.7
... schodząc z...
Bliżej nieba ...
17.05.2012 23:17
3
4.69
***
Galeryjka wiosenna
18.05.2012 09:55
4.63
... zasypiając pod...
Bliżej nieba ...
17.05.2012 23:14
4.58






