Jesteśmy jak dzieci z Bullerbyn

Przewodnik Katolicki Magdalena Guziak-Nowak / slo

Wrócimy na wakacje. Bo lubimy chodzić boso po trawie, grać w siatkówkę, śpiewać z gitarą przy ognisku i rozgwieżdżonym niebie
(fot. dmdzine / flickr.com)

ZOBACZ TAKŻE

Swój przytulny domek nazywają „Słoneczną Przystanią”. Wyremontowali go własnymi rękami cztery lata temu. Latem chodzą boso po trawie, a zimą nie mogą się doczekać lata. – Jesteśmy jak dzieci z Bullerbyn.

 

Rozalka: Dzięki, o Panie, składamy dzięki…


Żona parzy herbatę.
Mąż zajada się obiadem, trzymając na kolanach najmłodszą córkę.
– Pyszne, żonko.
7-letni starszy brat kroi babkę i strofuje siostrę, która wyciąga rękę po smakołyk: „Najpierw daje się gościom” i częstuje mnie. Siostra, czekając na swoją kolej, nuci pod nosem religijną piosenkę dziękczynną. Za babkę.

 

Beata: W podróż poślubną pojechaliśmy na studia do Krakowa


Dziś mieszkają w Woli Batorskiej oddalonej o 30 km od Krakowa, ale pochodzą z Piotrkowa Trybunalskiego. O Krakowie Beata zaczęła marzyć na szkolnej wycieczce dla najlepszych uczniów z języka polskiego. Wtedy pierwszy raz odwiedziła miasto królów i zapragnęła w nim studiować. Pobrali się po pierwszym roku polonistyki Beaty i maturze Marcina, który w Piotrkowie kończył ostatnią klasę technikum. Chcieli mieszkać razem, ale po bożemu. W podróż poślubną zapakowali ubrania, łyżeczkę, patelnię, pamiątki i prezenty ślubne. I wyjechali na studia dzienne do Krakowa. Zdobywanie wiedzy książkowej szło w parze z odkrywaniem prawdy o „prawdziwym życiu” – niełatwym, bo daleko od rodziców, ale łatwiejszym, bo w asyście łaski sakramentu małżeństwa.


Dziś, jakby to powiedzieli, socjologowie, należą do grupy tzw. młodych dorosłych. Oficjalnie zakończyli swoją edukację, są przed trzydziestką. Nie są jednak zbyt popularnym przykładem. Odstają od singli, poszukiwaczy kariery zawodowej, wrażeń i przyjemności. Beata i Marcin Mądrzy mają troje dzieci, które lubią się przytulać do brzucha Beaty. Pawełek, Rozalka i Lidzia wiedzą, że rośnie w nim brat albo siostra.

 

Beata: Słuchamy serca


Nie mogli się doczekać dnia, kiedy ich miłość wyda owoc. Na pierwsze dziecko zdecydowali się po trzech latach małżeństwa, choć może rozum podpowiadał co innego – żeby skończyć studia, kupić mieszkanie czy wybudować dom i zdobyć towarzyski prestiż, tak bardzo dziś pożądany. Nie. „Słuchaliśmy serca, tak jak wtedy, gdy postanowiliśmy się pobrać – dwóch romantyków w tych zwariowanych czasach”.


Pawełek przyszedł na świat, kiedy Beata była na czwartym roku. Wymieniali się dzieckiem na przystankach, po znajomości wynajmowali mieszkanie w Śródmieściu, Marcin zabierał Pawełka na wykłady i zarabiał jako kelner w restauracji w Rynku. To była przyspieszona lekcja dojrzałości.


– Czy żałujecie tych decyzji?
– Nie!

 

Marcin: Obydwoje pracujemy zawodowo, żona w domu


Już w Piotrkowie byli zaangażowani w Ruchu Światło-Życie. Razem dojrzewali duchowo, brali udział w kolejnych stopniach formacji. Zachwycili się ks. Blachnickim. W Krakowie w czasie studiów brali czynny udział w życiu wspólnoty. Wyjeżdżali na rekolekcje jako animatorzy, po urodzeniu Pawełka także w jego towarzystwie. A gdy zmieniali mieszkania – zdarzyło im się to trzy razy – jako nowi parafianie szli do proboszcza zaoferować swój czas, chęci i talenty. Zaskakiwali tym księży, potem zostawiali im numer telefonu i mówili, że są do dyspozycji, gdyby ich potrzebowano. Dziś należą do wspólnoty Domowego Kościoła.


– Jak się formujecie na co dzień?
– Formują nas dzieci, dlatego mamy ich dużo i chcemy mieć ich więcej. Kobieta nie musi robić nic innego, by zostać świętą – wystarczy, że urodzi i na chwałę Bożą wychowa dzieci. Samodzielne rodzicielstwo, bez zaplecza wspomagaczy w postaci dodatkowych rąk babć i niań, uczy pokory, walki ze swoimi słabościami, cierpliwości, której brak – opowiada z entuzjazmem Beata. – Pierwsze dziecko wywróciło nasz świat do góry nogami. O zajmowaniu się niemowlakiem miałam „medialne” wyobrażenie – że wszystko będzie łatwe, że będę go przewijać, a on będzie się uśmiechał. Nic bardziej mylnego. Wychowanie dzieci to ciężka praca. Przybliża mnie to jeszcze bardziej do Maryi, którą chcę naśladować w trwaniu w swoim macierzyństwie.

– A jak sobie radzicie finansowo?
– Nie stać nas na wiele rzeczy, ale stać nas na to, żeby mama była w domu z dziećmi, żeby jeździć do teatru czy świętować w restauracji. My robimy to, co możemy, a Pan Bóg troszczy się o resztę – mówi Marcin.
– Moje serce do tego dojrzewało. Mam dary i łaskę, by być pełnoetatową mamą. Nie wyobrażam sobie życia bez małego dziecka przy mojej piersi. Nie chcę pracować poza domem, bo nie wyobrażam sobie, by dzieci wracały do pustego mieszkania. Bycie mamą to moja kariera. I żoną. Podłogi mogą być nieumyte, ale chcę być piękna dla Marcina – dodaje Beata.
– Zawsze robisz sobie makijaż przed jego powrotem?
– Tak. Maluję oczy i usta i super się z tym czuję. Poza tym uwielbiam sukienki i nie mam w szafie ani jednej pary spodni.

 

1 2  
Czytaj dalej...

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.97

Liczba głosów:

35

Komentarze użytkowników (54)

Dodaj komentarz
2011-03-04 15:33:42 | Cytuj | Zgłoś
~ess
ess, naprawdę wierzę, że dźwigasz swoje życie godnie i nie umniejszam tego faktu. Ale na miłość Boską nie lekceważ tych, którzy może mieli łatwiej niż Ty, ale jednak nie spędzają życia w ciepłych kapciach. Bo tak jawią mi się bohaterowie tekstu. Każdy ma problemy. Każdy na własną miarę.

Nie pisałam, żę cokolwiek dzwigam ani tym bardziej że robię to godnie. Nie rób uwag osobistych bo to niekulturalnie. Franek zwrócił się do mnie z radą o kupowaniu mieszkania więc i ja odpisałam wykorzystując własne doświadczenie. To, że piszę o trudnościach nie oznacza, że ja je wszystkie przeżywam. Znam realia i tyle. Potrafię ocenić co zdobyłam samodzielnie, a to co osiągnęłam "bo mi się udało", bo mi ktoś ułatwił a inni muszą osiągać sami.
2011-03-04 15:28:00 | Cytuj | Zgłoś
~ess

Małe mieszkania i wielodzietną rodzinę. Dziwnie skupiasz się jedynie na metrażu własnościowym a nie na otwartości na życie...

Nie do końca rozumiem. Zakładam że cały czas mówimy o ludziach którzy mają dzieci. Gdyby chodziło o bezdzietnych to kwestia mieszkania byłaby drugorzędna, bo wtedy zazwyczaj można mieszkać nadal z rodzicami. Otwartość na życie to nie jest jakieś poświęćenie. Jak ktoś nie chce dzieci to nie musi mieć. Ale zazwyczaj ludzie chcą mieć dzieci. To radość i szczęśćie. Nie wiem dlaczego traktujesz to jako jakiś ciężar. Chyba, że źle zrozumiałam.
2011-03-04 15:21:46 | Cytuj | Zgłoś
~j
Dlaczego temat narzekania na warunki mieszkaniowe odzywa się wtedy, gdy tekst mówi o ludziach, którzy uporali się z tym problemem? Z zazdrości?
A może to jest właśnie niemożność wyjrzenia poza swój własny świat problemów mieszkaniowych?...

Nie ma tu mowy o uporaniu się z problemem mieszkaniowym. Raczej jest tu sytuacja kiedy tego problemu po prostu nie ma. Ale chyba podstawowym problemem jest tutaj kilka słów na wstępie. Taka sugestia, że inni interesują się tylko karierą a tutaj matka rezygnuje z pracy bo są tacy skromni i rodzinni. W tej sytuacji to normalne, że wypływa problem kosztów utrzymania, bo ci którzy tak rzekomo biegają za karierą tak naprawdę muszą po prostu zapewnić sobie byt. I to oni tak naprawdę więcej poświęcają, mają trudniejsze życie. Tam gdzie matka musi pracować i nie stać rodziny na kilkoro dzieci. Gdyby tylko przedstawiono życie tej rodziny, bez tych ocen, sugestii, to pewnie odbiór byłby inny. Mówisz, że z zazdrości wypływa problem mieszkaniowy. A z czego wypływa zarzucanie narzekactwa, materializmu, braku zaufaniu Bogu wobec ludzi, którym żyje się ciężej? Na pewno nie z zazdrości, bo nie ma powodu. Ale są to zazwyczaj tak mocne ataki, że coś jest na rzeczy. Brak świadomości jak ciężko żyje się bez pomocy rodziny? Jakieś wyrzuty, wstyd, że inni osiągają wsystko sami? Sytuacja jest taka, że trudno jest młodym bez wsparcia- zatem nie ma się czego wstydzić korzystania z pomocy.
2011-03-04 15:03:58 | Cytuj | Zgłoś
~ess

Jak dobrze wiesz, dawanie takich przykładów nie ma sensu, bo rasowy narzekacz powie wtedy, że on ma gorzej i ma większe prawa do narzekania.

Bo zazwyczaj tak się okazuje, że rasowy "nienarzkacz" ma po prostu dobrze, widać to po twoich przykładach z "problemami" bo mają małe mieszkanie. Śmieszne problemy.
2011-03-04 14:55:54 | Cytuj | Zgłoś
~ess
Franek, dzięki za- mam nadzieję- dobre chęci. Z rady nie skorzystam bo już za późno. Ale i tak nie skorzystałabym. Jednocześnie płacić za wynajęcie i odkładać na kupno własnego to ogromne obciążenie, na pewno dużo większe niż spłata kredytu za to w którym już można mieszkać. Poza tym mieszkanie w wynajętym to ryzyko, bo panem jest tu właściciel, jeżeli ma się pecha, to trzeba się będzie kilka razy w tym czasie przeprowadzać a to dodatkowe koszty i finansowe i psychiczne dla dzieciaków. Oczywiście, czasem trzeba przecierpieć, ale jak pisałam jest to wariant ogromnie drogi i na pewno taniej jest kupić i mieszkać na swoim spłacać raty a nie tułać się po cudzych kątach. Drugi problem w wynajętym mieszkaniu to brak możliwości zameldowania się a to stwarza wiele problemów organizacyjno-urzędowo-prawnych. Czasem uda się wynająć coś korzystnie, po znajomości. Kiedy cokolwiek mi się w życiu udaje jakoślżej, sposobem, to zawsze mam tego świadomość i nie wciskam innym kitu, że to takie super- rozwiąznaie. No i jeszcze. Nie zpaomniałeś czasami o pomocynch dziadkach tej rodziny? Bo chyba wcześniej pisałeś że tak- z pomocą- żyję większość twoich znajomych i rodziny.
I daczego piszesz o znajomych, gdzie na pewno nie znasz do końca sytuacji. Napisz o sobie.
Zobacz wszystkie komentarze na forum

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?