Sito, które odsącza zło...
Dzisiaj trzeba być z człowiekiem, mieć dla niego czas, wysłuchać go i przyjąć takim, jakim jest
(fot. sxc.hu)
Siostra Mirosława nie lubi telefonów od dziennikarzy. Pytają o różne dworcowe historie, szukają sensacji: Ilu bezdomnych zamarzło? Na bocznicy czy pod mostem? Ile zmaltretowanych kobiet przemoc wyrzuciła wczoraj z mieszkania? Czy dom przy Malborskiej napełnia się zimą bezdomnymi? „A czy wy, tam w redakcji, macie trochę miejsca dla nich?” – odpowiada wtedy siostra pytaniem na pytanie.– „Bo nasze przytulisko jest pełne cały rok...”.
Siostra od dawna już wie, bo doświadczyła przez lata pracy, że – jak mówił poeta – teoria jest szara, a wiecznie zielone jest tylko drzewo życia. Dawniej sama wyruszała na dworce i Planty, by łowić dzieci Brata Alberta, świętego włóczykijów. Dziś już nie te siły i nie to zdrowie, by nocą szukać ich ze świecą, zastąpiły ją w tym młodsze siostry. Sama jednak po dawnemu pracuje dzień i noc dla „przegranych”. Z im większą odrazą świat traktuje nieszczęśnice i pijaczki, dziewczyny spite, brudne, krwawiące, porzucone przy melinie, tym siostra Mirosława litościwiej je przygarnia. I w rozmowach z urzędami, z prasą, ze studentami socjologii, odwiedzającymi przytulisko przy Malborskiej, cierpliwie tłumaczy, że bezdomność ma swoje przyczyny. Trzeba je znać i w porę zapobiegać złu. Nie wystarczą prasowe alarmy, statystyki zamarzniętych, społeczne przerażenie skutkami patologii. „Dzisiejszemu człowiekowi – mówi albertynka – powinno się równolegle udzielać pomocy materialnej, psychicznej i duchowej. Dzisiaj trzeba być z człowiekiem, mieć dla niego czas, wysłuchać go i przyjąć takim, jakim jest, oraz wskazać drogę godnego życia, objawioną w Ewangelii”.
Czym właściwie jest dom przy Malborskiej? Na pewno, wbrew nazwie ulicy, nie kojarzy się z krzyżackim zamkiem. Jest ciepły, nawet w barwie ścian. Jest miejscem, które daje poczucie bezpieczeństwa i przyjaźni. Tu można w ciszy, spokoju i życzliwości pobyć przez czas potrzebny do odzyskania równowagi. Tu, w klimacie „przytulenia w przytulisku”, można się ogrzać z tego całego zimna świata, które sprawia, że człowiek kostnieje, otrząsnąć z balastu, zagoić rany odrzucenia przez rodzinę, przez społeczność, w której nagle zabrakło miejsca.
Obszerny dom, czas wypełniony do maksimum modlitwą i pracą, precyzyjny regulamin dnia. I terapia. Siostra Mirosława słucha, słucha, słucha historii o wszystkich bólach świata. I uczy studentów: „Na socjologii przerabiacie na pewno szereg lektur i co jedna, to mądrzejsza. Ale ja chciałabym, abyście już nie książkowo, ale w praktyce zobaczyli «strategię» wychodzenia z bezdomności. Przynajmiej wy nie «globalizujcie», że bezdomni to pijacy, kobiety upadłe, jednym słowem – patologia. Tu trzeba mówić o każdym pojedynczym człowieku, z każdym rozmawiać indywidualnie i wspólnie szukać dróg wyjścia, bo każdy nosi w sobie inną przyczynę bezdomności”.
Pierwsza z nich to według siostry Mirosławy odrzucenie Boga. Bóg też bywa bezdomny, gdy człowiek wyprasza Go ze swego wnętrza przez uwikłanie w rozmaite dramaty i trudne sytuacje. A że pustkę po Bogu znosić trudno, ludzie usiłują ratować się „na skróty”, stosując różnego rodzaju „pomagacze”: narkotyki, seks, alkohol. „Proszę siostry – tłumaczą podopieczne – ja tylko chciałam o wszystkim zapomnieć. Piłam, żeby nie poznano po mnie, jak mi źle, chciałam normalnie pracować, zdobyć się na uśmiech...”.
„I tak się właśnie zakłada maski na trudną prawdę – mówi albertynka – Taka maska dobrze się trzyma po drinku, po tzw. lekkich narkotykach. Ale ja je traktuję na równi z ciężkimi, bo wszystkie prowadzą do uzależnień, do stopniowania dawek. I kiedy słyszę o tym, że dziewczyna marihuanę czymś tam jeszcze popija, to zaraz wiem, że coś tu nie gra w rodzinie. Nie ma w niej pokoju, nie ma więzi. Dom niby jest: adres, meble, ale co z tego, kiedy człowiek czuje się bezdomny, bo rodzice wychodzą rano, przychodzą wieczorem”.
Wtedy sprowadza się do domu szemrane towarzystwo lub patrzy bez ograniczeń w telewizor. W efekcie dzieci formują się same, oglądając różnego typu horrory lub pornografię. A nadworni psychologowie mediów twierdzą usłużnie, że nic w tym złego, brak dowodów, by to miało wpływ na psychikę.
„Otóż mam dowód! – woła siostra Mirosława. – Mam dowód w dziewczynie, która jest po ciężkiej operacji kręgosłupa po serii wyskoków, ucieczek i różnych sensacyjnych wyczynów. Obdarzona niesamowitą inteligencją, ale tak beznadziejnie wisząca w przestrzeni, bez podłoża, na sznurze utkanym z przedziwnego zlepka swoistych filozofii, niszczących ją totalnie”.
Z rozmów z nią wynikło, że będąc sama w domu oglądała na okrągło Laleczkę Czaki. „A cóż to takiego?” – Mirosława próbowała się douczyć i zapytała zaprzyjaźnionych studentów. „To siostra takie filmy ogląda?!” – zgorszyli się popisowo. Wyjaśnili, zdziwieni, że tym telewizyjnym „dziełem” rządzi jakiś okropny przymus zemsty. Spytała więc nastolatkę o szczegóły.
– Ta laleczka brutalnie zabija wszystkich swoich wrogów, rozpruwa brzuchy, wyciąga bebechy...Wie siostra, jakie to fajne? – zawołało dziewczę.
– Wiesz – powiedziała Mirosława z pozornym spokojem, który miał ukryć jej przerażenie – ja ci tu chyba zaraz zemdleję. Bo jak to jest fajne, to brak mi siły i słów, i krążenie mi zamiera...
Inna znów dziewczyna wpadła w alkoholizm pod wpływem reklamy ukazującej piękną panią w pieniącej się wannie. Obok stał kieliszek i wino, pani delektowała się każdym łykiem...
Nieodporność zupełna. Bezdomność Boga w człowieku. Brak odpowiedzialności u tych, co programują czas wolny. Brak wyobraźni czy zła wola? Bo przecież młodzież jest bezbronna wobec propagowanych wzorców sukcesu i bogactwa, których dogonić, dosięgnąć nie sposób. Życie jest monotonne, wymaga trudu. Kto spada z telewizyjnych obłoków i nie potrafi z tą monotonią żyć – bierze narkotyk, wódkę, by zmienić sposób myślenia, by utożsamić się z ukazywanym „szpanem”, uciec w blask ekranu. W blask, który oślepia.
Siostra Mirosława marzy o tym, by utworzono w Krakowie ośrodek do badania uszkodzeń podświadomości, z jakimi ona w przytulisku ma do czynienia na co dzień. Żeby można tam było wysyłać młodych ludzi, porażonych bezdomnością Boga w sobie. Na diagnozowanie i terapię. Bo to już lawina, która się toczy siłą bezwładu. Bo to już zupełna matnia, bez wiedzy dokąd iść i po co. Bo nikt i nic nie stawia tamy, nie buduje blokad, by zło uchwycić, zanim się dokona. „O ile byłoby łatwiej – wzdycha siostra – uchwycić ten dzień, tydzień, miesiąc pozostający pod władzą przyczyny, niż szukać ratunku dopiero wtedy, gdy ofiary od lat tkwią w skutkach, czasem już nie do uratowania”. Ostatnio, w rozmowie, zaskoczyło siostrę absolutne novum: oto zdarza się, że dziewczęta wyruszają w Polskę w poszukiwaniu znajomych z Internetu.
Twoja ocena:
Średnia ocen:
5
Liczba głosów:
27
Logowanie
Niektórzy to mają zawsze...
Małe - mniejsze -...
21.05.2012 14:43
1
5
Małe - mniejsze -...
20.05.2012 23:06
1
4.7
Kosaciec
Wiosna
19.05.2012 21:53
3
4.7
... schodząc z...
Bliżej nieba ...
17.05.2012 23:17
3
4.69
***
Galeryjka wiosenna
18.05.2012 09:55
4.63
... zasypiając pod...
Bliżej nieba ...
17.05.2012 23:14
4.58






