Młodzież z partią (się rozlicza)

Tygodnik Powszechny Antoni Dudek / slo

„Solidarność” przetrwała stan wojenny i represje stając się katalizatorem głębokich zmian politycznych w bloku wschodnim w 1989 roku (fot. T. Kizny/NAF dementi)

ZOBACZ TAKŻE

Historia rozmaitych buntów i rewolucji wskazuje, że ich siłą napędową najczęściej była młodzież. Nie inaczej było w Polsce przez cały okres 1945–1989. Także wielki bunt społeczny, który zrodził Solidarność, był dziełem ludzi młodych.

 

Historia buntów i rewolucji pokazuje także, że nawet jeśli wśród ich przywódców przeważali ludzie starsi, to i tak niewiele zdziałaliby bez wsparcia młodzieży. Przyczyny tego są oczywiste i wiążą się z charakterystycznym dla ludzi wchodzących w dorosłe życie radykalizmem ocen, maksymalizmem celów i zdolnością do daleko idących poświęceń dla dobra publicznego, wynikającą m.in. z braku obowiązków związanych z posiadaniem rodziny. Pragnąc zmieniać rzeczywistość, młodzież w naturalny sposób angażuje się we wszelkie ruchy i organizacje, które stawiają sobie za cel zmianę status quo.
 
Szczególnego znaczenia zjawisko to nabiera w systemach niedemokratycznych, gdzie możliwość artykulacji niezadowolenia jest z natury rzeczy ograniczona, a większość przejawów młodzieńczego buntu jest uznawana za działalność antypaństwową. Jak jednak pokazała rewolta w 1968 r. w Europie Zachodniej, także w państwach demokratycznych młodzież może, w sprzyjających okolicznościach, doprowadzić do protestów wstrząsających ich systemami politycznymi.
 
PRL była modelowym przykładem państwa totalitarnego, a później posttotalitarnego, w którego historii młodzież odegrała niezwykle istotną rolę. Najpierw jako jeden z najważniejszych fundamentów, na których oparły się władze komunistyczne, pozbawione szerszego poparcia społecznego, a później jako główna siła w kolejnych buntach społecznych, zmierzających do osłabienia, a następnie likwidacji reżimu.
Młodzi kontra młodzi
 
W dramatycznej drugiej połowie lat 40., kiedy komuniści z pomocą masowego terroru „utrwalali” na ziemiach polskich władzę „ludową”, młode pokolenia zostały poddane bodaj najsilniejszemu procesowi polaryzacji w całym powojennym okresie. Nie ma wprawdzie szczegółowych badań na ten temat, ale nawet pobieżna lektura dokumentów dotyczących walki z podziemiem niepodległościowym wskazuje, że zarówno w oddziałach partyzanckich, jak i w zwalczających je formacjach UB, KBW i MO przeważali ludzie młodzi.
 
Hieronim Dekutowski, „Zapora”, dowódca oddziałów WiN-u działających na Lubelszczyźnie, miał w chwili egzekucji w 1949 r. niespełna 31 lat. Tropiący go szef lubelskiej bezpieki Faustyn Grzybowski, który zrobił później błyskotliwą karierę w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, objął to stanowisko w wieku 32 lat. Józef Kuraś, słynny „Ogień”, który okrążony w lutym 1947 r. we wsi pod Nowym Targiem popełnił samobójstwo, miał wówczas 31 lat. Józef Czaplicki, w tym czasie kierujący w MBP Departamentem III, zajmującym się walką z partyzantką niepodległościową w skali całego kraju, był zaledwie cztery lata starszy. Ich podwładni byli zaś w zdecydowanej większości ludźmi jeszcze młodszymi. Większość z tysięcy ofiar krwawego konfliktu, jaki miał miejsce wtedy w Polsce, nie przekroczyła w chwili śmierci 30. roku życia.
 

Konspiratorzy – i obrońcy systemu

 
Z końcem lat 40., gdy większość oddziałów partyzanckich zakończyła nierówną walkę, na arenę wkroczyło najmłodsze pokolenie Polaków, urodzone w latach 20. i 30. Wielu z nich, jako członkowie Związku Młodzieży Polskiej (ZMP) czy junacy „Służby Polsce”, z większą bądź mniejszą wiarą budowało Nową Hutę i inne sztandarowe inwestycje epoki stalinowskiej, korzystając ze stworzonych przez komunistów mechanizmów awansu społecznego. Ale równocześnie ponad 10 tys. młodych Polaków i Polek zaangażowało się w tworzenie organizacji konspiracyjnych, których niemal tysiąc funkcjonariusze UB zlikwidowali do 1956 r. O wielu ich przywódcach mówiono później, że byli „młodsi od swoich wyroków” – na ich procesach zapadały bowiem często wyroki 25 lat więzienia, a niektórych skazano nawet na karę śmierci.
 
Nie wiadomo, ilu z prawie dwóch milionów członków ZMP rzeczywiście uwierzyło w komunistyczne hasła. Ale nie ulega wątpliwości, że musiało ich być więcej niż te szacunkowe 10 tys., które zaryzykowało swą wolność, a nawet życie, by przeciwstawić się próbie budowy nad Wisłą totalitarnego państwa.
 
To właśnie z uformowanego na przełomie lat 40. i 50. tzw. pokolenia zetempowskiego przez cztery kolejne dekady rekrutowali się najwierniejsi obrońcy systemu. Odnajdziemy ich zarówno wśród tzw. aktywu pałującego studentów w 1968 r., jak i potępiającego „warchołów” po protestach robotniczych w Radomiu i innych miastach w czerwcu 1976 r. To oni wreszcie tworzyli trzon osobliwych jednostek pomocniczych MO, których uczestnicy – z opaskami opatrzonymi napisem „Emeryt PRL” – pojawiali się na niektórych demonstracjach w latach 80.
 
Oczywiście następcy ZMP – najpierw Związek Młodzieży Socjalistycznej, a później Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej – skupiały statystycznie nawet większą liczbę młodzieży. Ale poziom zaangażowania większości z nich w aktywne poparcie dla władz był coraz słabszy.
 

Dramatyczny rok 1956

 
Pierwszy – i kto wie, czy nie najsilniejszy cios – ulubionemu hasłu kierownictwa PZPR („Młodzież razem z Partią”) zadał kryzys polityczny roku 1956. Nie było sprawą przypadku, że jednym z jego katalizatorów stał się tygodnik „Po prostu”. To początkowo sztampowe i nudne pismo ZMP dla studentów zdołało jesienią 1955 r. wyzwolić się spod ścisłej kontroli swego patrona i podjęło problematykę, dzięki której szybko stało się najbardziej poczytnym tygodnikiem w Polsce. Na jego łamach atakowano metody ZMP, dominację prymitywnego socrealizmu w sztuce, fałszywe oceny historyczne (zwłaszcza dotyczące roli AK), interesowano się jugosłowiańskim systemem społeczno-politycznym (do niedawna określanym jako titofaszystowski). Najważniejszą jednak zasługą „Po prostu” okazało się zainicjowanie ruchu klubów młodej inteligencji, które w 1956 r. stały się najbardziej popularną formą samoorganizowania zwolenników reform. Wiosną 1956 r. działało już 130 klubów, które wywierały znaczny wpływ na mieszkańców większych i mniejszych miast.
 
Większość uczestników rewolty robotniczej w Poznaniu w czerwcu 1956 r., która gwałtownie przyspieszyła proces destalinizacji Polski, była wprawdzie starsza od 13-letniego Romka Strzałkowskiego, zabitego przez funkcjonariuszy UB. Ale wystarczy obejrzeć wydany przez IPN album dotyczący tych wydarzeń, by zauważyć, że na zdjęciach przeważają ludzie młodzi. I to właśnie oni wznosili okrzyki żądające wolnych wyborów i usunięcia wojsk sowieckich z Polski, gdy demonstrujący tłum – zignorowany przez władze wojewódzkie – zaczął się radykalizować. Także w kolejnych demonstracjach, które jesienią 1956 r. przetoczyły się przez ulice (niekiedy, jak w Bydgoszczy czy Szczecinie, przybierając formę gwałtownych zamieszek), dominowali ludzie młodzi.
 
Wielu z nich nie miało złudzeń, czym jest ustrój narzucony Polsce po 1945 r. Jednak ton wciąż nadawali ci, którzy marzyli o naprawie ustroju, a nie jego obaleniu.
 
Czytaj dalej...
1 2  

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

6

Komentarze użytkowników (0)

Dodaj komentarz

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?