Zrobiłam karierę: mam dwanaścioro dzieci

Przegląd Powszechny "Przegląd Powszechny" grudzień 2009

ZOBACZ TAKŻE

Zrobiłam karierę: mam dwanaścioro dzieci

 
Z Henryką Krzywonos, Polką Dwudziestolecia, rozmawiają Marta Szymczyk i Krzysztof Ołdakowski SJ
 
Kiedy zaczęła Pani prowadzić rodzinny dom dziecka?
 
Od 1987 r. do 1994 r. prowadziłam rodzinę zastępczą, a od grudnia 1994 r. rodzinny dom dziecka.
                         
Jak to się zaczęło?
 
Już wtedy, w 1987 r., wiedziałam, że nie mogę mieć dzieci. Moja mama przyjechała z wczasów i powiedziała: „Słuchaj, jest dziewczynka, którą mogłabyś wziąć”. I ja pojechałam po tę dziewczynkę, przywiozłam ją do domu. Ludzie adoptują całymi latami, a ja w ciągu trzech miesięcy, nawet niepełnych, załatwiłam wszyst­kie formalności.
 
Janek, drugie adoptowane przez Panią dziecko, pojawił się w rok później…
 
Tak. Zmarła moja sąsiadka, którą się z moją siostrą opiekowałam. Mieszkałyśmy z nią drzwi w drzwi, przyjaźniłyśmy się. Tuż przed jej śmiercią, kiedy byłam u niej w szpitalu, poprosiła mnie: „Słuchaj, zwróć uwagę na Janka”. Ja mówię: „Dobrze, możesz na mnie liczyć”. Ona następnego dnia umarła. Czułam się w obowiązku zaopiekować się nim.
 
Odezwała się wtedy rodzina ojca, którego Janek nigdy nie znał. Myślałam z Krzysiem, moim mężem, że ci ludzie zainteresują się chłopcem i wezmą go do siebie. Na sprawie okazało się, że oni go wcale nie chcą, bo on nie spełnia ich oczekiwań. Oni są jeszcze młodzi i jeszcze będą mieli własne dzieci. Ja tak stałam na tej sprawie z sąsiadką i słuchałam, i w pewnym momencie ona mówi do mnie: „Oni do domu dziecka go wezmą”. Wtedy podjęłam decyzję, że weźmiemy Janka do siebie.
 
Cały dzień męża nie było, był w pracy. Czekałam, kiedy on z niej przyjdzie. Zrobiłam nawet gołąbki, jego ulubione…
 
Żeby go przekonać?
 
Nie, nie żeby przekonać. Martwiłam się tym, że podjęłam decyzję bez niego. Żyliśmy, i tak żyjemy już 20 parę lat, że podejmu­jemy wspólne decyzje, tymczasem… Jak on zjadł ten obiad, usiadł, ja mówię: „Wiesz co, Krzysiu, mamy dwoje dzieci. – On na to: Tak, a skąd? – Janka wzięłam. – A, to bardzo dobrze”. I tak się skończyła ta nasza rozmowa. Od tego dnia Janek został u nas.
 
Miała Pani bardzo trudne życie. Nie bała się Pani, podejmując tę decyzję o przyjęciu dwojga nie swoich dzieci, że jest to ciężar nie do udźwignięcia?
 
Jak nie swoich? To nie jest tak, jak Pani mówi. To nie jest tak…
                         
Czy nie było takich momentów, w których się Pani zastanawiała, że może nie da rady, nie podoła?
 
Nigdy tak o tym nie myślałam. Natomiast myślałam o jed­nej rzeczy. Myślałam tak, że jak będę miała coś do spełnienia, to przecież Bóg mi nie pozwoli odejść – a przecież kilka lat wcześniej lekarze prawie wydali na mnie wyrok. Stwierdzono wtedy u mnie raka.
 
Wiedziałam, że mam do załatwienia sprawę z Jankiem. Ale to nie było dla mnie jakieś tam oszukiwanie Boga – proszę mnie tak nie rozumieć. Uważałam, że przed sobą mam coś do spełnienia, to muszę to zrobić. Przestanę myśleć o tym, co mnie ma się stać, co ze mną będzie. Bo były początki, że ja nocami nie spałam, w nocy paliłam lampkę, bo myślałam: acha, dzisiaj w nocy umrę. I, żeby nie zwariować, to trzeba siebie ratować w jakiś sposób, zająć się czymś.
 
Spotkałam w tamtym okresie osobę zajmującą się rodzinnymi domami dziecka…
 
I…?
 
I wróciłam do domu, zaczęłam mojemu mężowi o tym mówić. Krzysztof absolutnie nie chciał się zgodzić. Powiedział: „Dzieci to nie piłeczki pingpongowe, to nie jest tak, że dzisiaj je weźmiesz, a jutro paletką odrzucisz. Jak bierzesz dziecko, musisz mieć pełną świadomość tego, że bierzesz je na całe życie, z bagażem takim, z jakim przychodzi”.
 
Mimo oporu męża jednak założyła Pani rodzinny dom dziecka…
 
Tak. W tym czasie zachorowała moja teściowa – leżała w szpi­talu po operacji. Ja jej mówię tak: „Mamo, ja bym chciała ten ro­dzinny dom założyć”. A moja teściowa: „Wiesz, jak ja wyzdrowieję i będzie wszystko w porządku, to ci pomogę. Zakładaj”.
                         
I to przekonało męża?
 
Nie wiem, co go przekonało. W każdym razie kiedyś przyszedł od teściowej ze szpitala i mówi mi tak: „Słuchaj, chcesz, to zobacz­my, co jeszcze nasze dzieci sądzą na ten temat”. Jeszcze wcześniej przyjęliśmy do rodziny zastępczej dziewczynkę…
 
Czyli w Państwa domu była już trójka dzieci w tym mo­mencie…
 
Tak, trójka. Posadziliśmy ich przy stole i mąż mówi do Jasia: „Jasiu, co ty na ten temat?”. Jasio mówi: „Pewno, tato. Mnie pomogliście, to możemy pomagać jeszcze innym, ja będę pomagał”. No i Ola to samo mówi, że bardzo chce i też będzie pomagać. Agniesz­ka siedzi i płacze. Myślę sobie: już „po ptokach”, nie ma rodzinnego domu. Mój mąż pyta: „A ty czemu płaczesz? – Bo te dzieci są takie biedne” – mówi. W ten sposób powstał rodzinny dom dziecka.
 
Złożyliśmy akces, że przyjmiemy dzieci. Pojechałam po pierwszą piątkę, przywiozłam ją na święta. Przyjęliśmy malutkie dzieci, rodzeństwo: 2,5 roku, 3,5 roku, 4,5 roku, 5,5 roku i 7 lat. Nie widzieliśmy wcześniej tych dzieci na oczy, ale zdecydowaliśmy się. Stwierdziliśmy, że to te i żadne inne, że tym się właśnie należy. Nie chcieliśmy, żeby to rodzeństwo rozerwali.
 
Przywiozłam je do domu. Było Boże Narodzenie. Przeżyliśmy koszmar. W pewnym momencie usiadłam i załamałam ręce: mieliśmy dziecko, które się okaleczało, waliło głową w ścianę, we wszystko, i ten mały, który krzyczał: „Pani Emilka!”. To był szok, po prostu szok. Ja wieczorem usiadłam i mówię: „Boże, czemu ja robię coś, czemu nie podołam?”. Dopiero wtedy się zastanowiłam, że to nie jest lekka praca.

 

Jak Pani sobie poradziła z tym kryzysem?

  

Bóg nad nami czuwał. Podam przykład: wieczorem się modliłam, następnego dnia przyjeżdża siostra Krzysia i ja mówię: „Boże, ja nie daję rady, ja te dzieci usypiam, a tu jedno się usypia, dru­gie płacze, trzecie coś innego jeszcze, wariacja w ogóle!”. Mówię: „Wiesz co, Ala, żebym jeszcze wózek jakiś miała, jakąś spacerówkę, żebym mogła je uśpić choćby”. Ona mówi: „Ja mam spacerówkę”. Przywiozła mi ją. Następnego dnia bujałam po kolei moje dzie­ci, śpiewałam im różne piosenki – „Zabrałeś serce moje” i inne. Kładłam dziecko spać i ono spało, drugie wchodziło w ten wózek i znowuż je usypiałam do tego stopnia, że jak później sama już usypiałam, to ręka mi jeszcze chodziła, ale dzieci usypiały. I nawet ta siedmiolatka weszła w ten wózek. Tym dzieciom było potrzeba tak dużo tej miłości. I okazało się, że na wszystko przychodziło rozwiązanie.                      

1 2 3  
Czytaj dalej...

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

5

Komentarze użytkowników (0)

Dodaj komentarz

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?